Rozdział 3

Ledwie domknął drzwi, światło zapaliło się mrugnięciem.
Hanael skulił się przy ścianie ― zaraz jednak spróbował się wyprostować, oddychając głębiej. Oczywiście. To był Retorian. Tutaj wszystko zawsze zapalało się samo i nikomu nie przeszłoby przez myśl targać za sobą świeczek. To nie miałoby najmniejszego sensu.
Odwrócił się wolno, uspokajając drżenie. Wąski, lśniący korytarz wypełniała biała pustka. Żadnego Raziela. Żadnego maga. Jedynym cieniem ślizgającym się po tych ścianach był cień Hanaela i pociągu, który z terkotem przetoczył się za oknem. Błękitno-białe smugi mignęły na suficie.
Hanael wzdrygnął się, bardziej kurczowo zaciskając palce na szorstkim ramieniu plecaka. Ciężar znajomo ułożył się na plecach.
Przełknął ślinę, drżącymi dłońmi dopinając kurtkę i opuszczając kołnierz. Jego szyja była całkiem naga, niemal gotowa, by ktoś schwycił ją od tyłu i mocno zacisnął na niej palce. Ale nikt tego nie zrobi. Nie w tłumie. Nie przy tylu ludziach. Nie podczas jego piętnastominutowej drogi do wynajmowanego mieszkania.
Minął wielkie okno ― w Retorianie wszystko było wielkie. Wielkie budynki, wyciągające się wysoko w stronę wiecznie szarego, deszczowego nieba i zamkniętej w nim galaktyki. Wielkie ulice; wielkie podniebne tunele, błyszczące półprzezroczystymi sieciami ponad chodnikami. I wielkie okna. Zbyt duże, by ukryć się w jakimkolwiek miejscu, by zniknąć w cieniu pomieszczenia. Zbyt szerokie i zbyt przezroczyste. Niedające się zasłonić niemal nigdzie.
Skupione na każdym człowieku niczym wiecznie śledzące oczy.
Hanael zgarbił się, chociaż wiedział, że za szybą nie było Raziela. Jego brzuch ściskał się jak mocno wyżymana gąbka, a nogi miękły, gdy dochodził do wyjścia, zaciskał dłoń na lodowatej klamce i otwierał drzwi.
Orzeźwiające powietrze zewnętrza zmieszało się z ciepłym wnętrzem i Hanael powoli wyszedł, powstrzymując odruch włożenia kaptura. Ludzie tutaj nie nosili kapturów, nie, gdy deszcz ledwie mżył ― gdyby włożył kaptur, ktoś mógłby go zauważyć. Pomyśleć, że Hanael wyglądał tak, jakby nie był stąd. Wbił więc tylko spojrzenie w chodnik, pochylając niżej głowę.
Zaraz zza zakrętu wyłoni się tunel, który prowadził prosto do jego domu. Nie najkrótszą drogą ― najkrótsza była zbyt pełna ludzi, chodzenie nią napinało uwagę do granic i spowalniało go jeszcze bardziej ― ale jedną z najkrótszych. Mającą akurat taki tłum, żeby nie zaciskał się szczypcami wokół Hanaela, żeby nie wywoływał myśli, że wyjście nie pojawi się już nigdy. Znacznie większy tłum, niż Hanael kiedykolwiek widział w Arhn.
W Arhn przebudzał się z nerwowych snów z myślą, że nie będzie musiał wychodzić. W Arhn jego dom stał na uboczu, odsunięty od wszystkiego, pusty i samotny, tak dobrze zapewniający złudne poczucie bezpieczeństwa. Z każdym pachnącym drewnem kątem doskonale znajomy, bez ani jednej kryjówki, z której ktoś mógłby niespodziewanie wychynąć.
Nigdy nie dotarło do Hanaela, jak dobrze było w Arhn. Nie, dopóki nie musiał zostawić go na rzecz tego szerokiego, ogromnego świata. Zostawić prawdziwej dżungli na rzecz tej niebezpiecznej.
Światła stawały się coraz wyrazistsze, topiąc myśli w jasności. Powieki Hanaela wydawały się naprawdę ciężkie, tak ciężkie, jakby ktoś wypełnił je gruzem jak worki, i dziwnie lodowate w porównaniu do ciepłego deszczu. Miał wrażenie, że jego żołądek był przewiercany na wskroś; głód wstrząsał nim niemal w odruchu wymiotnym, ale głowa bolała go jeszcze bardziej na samą myśl o zakupach.
Jutro, pomyślał tak samo, jak myślał już od dwóch dni. Jutro wejdzie do sklepu o oświetleniu tak jasnym, że blask padał niemal na każdego z osobna, wyróżniając każdą postać jak reflektorem, i o kolejkach dających zbyt wiele czasu na napatrzenie się na wszystkich naokoło i zapamiętanie nawzajem.
Nie był dla nikogo tak ważny, próbował sobie przypomnieć. Nie był pierwszoplanowym bohaterem przedstawienia teatralnego. Nikt na niego nie patrzył. I z pewnością nie wyglądał na tyle wyjątkowo ― robił wszystko, żeby nie wyglądać ― by ktokolwiek wyróżnił go z tłumu i zapamiętał. Tylko wydawało mu się, że czuł na sobie spojrzenia wszystkich.
Mógłby pójść do sklepu dzisiaj.
Jutro.
Dzisiaj bolała go głowa. Chyba nawet bardziej niż zwykle. A może akurat tego dnia w tym sklepie będzie Raziel ― będzie przechadzał się między półkami, rozważając, gdzie też może być Hanael. I akurat tego dnia Hanael tam wejdzie. I nie wytrzyma głodu i wyczerpania albo jego powieki staną się zbyt ciężkie, nie będzie mógł ustać, upadnie.
A obudzi się w zupełnie innym wielkim białym świecie.
Zadrżał nerwowo, odganiając myśl od siebie i próbując skupić się na otoczeniu. Tak trudno było wyłowić tutaj pojedyncze odgłosy. Ktoś rozmawiał, ktoś trąbił głośno klaksonem, kolejne samochody śmigały ze świstem tuż obok, woda rozchlapywała się pod oponami.
Głośny, wirujący świat.
Witryna kolejnego sklepu zamigotała tuż obok. Wewnątrz było jedzenie ― leżało na półkach i czekało, żeby je wziąć. Hanael wpatrzył się w szybę. Wewnątrz kręcili się rozmaici ludzie. Zbyt blisko siebie. Niemalże dotykając się nawzajem. Hanael wzdrygnął się jak od deszczu, chociaż ciało pod kurtką pozostawało suche.
Wcale nie był aż tak głodny.
Tuż obok podniebny tunel ześlizgiwał się na ziemię. Hanael podążył do gorącego wnętrza, które zamykało się dookoła niego i innych podłużną kopułą. Ciche zgrzytnięcia rozpinanych zamków rozbrzmiały w jego uszach i szybko rozpiął własny. Pod spodem miał zieloną koszulkę; wielu ludzi tutaj miało proste koszulki w jednym kolorze, a zielony był jednym z popularniejszych. Nie licząc białego, czarnego, niebieskiego i czerwonego.
Cienki materiał mocno przylegał do ciała, zupełnie inaczej niż w Arhn. Bardzo łatwo dało się odczuć, że go nie było. Brzuch Hanaela stawał się równie nagi jak jego szyja.
Ale wszyscy rozpinali kurtki. Nie mógł nie rozpiąć własnej. Ktoś mógłby to zauważyć.
W tunelu wszystko świeciło się jeszcze bardziej. Napisy przepływały po ścianach, przekrzykując się kolorami, tak, jakby wszyscy nagle znaleźli się w jakiejś wielkiej reklamie.
Retorian światem strefy A? Już niedługo, zapowiada James Sullivan.
Jenna Mulligan potwierdzona najlepszym psychologiem Paliareny w 2781 r. mś. e!
Najbardziej realistyczne androidy w całej strefie!
Te litery nie powinny być mu znane tak dobrze. Jeszcze niedawno nie mógłby powiedzieć, że kiedykolwiek miał do czynienia z tym alfabetem; teraz kropki i kreski zlewały się w słowa, a słowa intensywnie świeciły, kłując w oczy.
Hanael starał się trzymać blisko ściany i nie być za bardzo wewnątrz. Zapach ubrań i ciepłego tworzywa wypełniał wszystko naokoło.
Nowa promocja teleportacyjna: wakacje poza Retorianem.
Ostatni Słowotwórca!
Hanael gwałtownie obrócił głowę, hamując; zaraz zachłysnął się, gdy czyjeś ciało rąbnęło w niego od tyłu, i z trudem utrzymał równowagę. Łokciem zahaczył kogoś przed sobą. Poderwał wzrok, chcąc przeprosić, ale nie umiał znaleźć na to oddechu ― brązowy płaszcz. Długie, rude włosy.
Hanael skulił się i zaraz wypuścił powietrze. To nie był Raziel. Obcy mężczyzna, zupełnie inny człowiek, nie Raziel.
― Proszę mi wybaczyć ― powiedział, uciekając wzrokiem w bok.
Napis nadal tam był.
Ostatni Słowotwórca!
Migał białymi literami na granatowym tle, a Hanael czuł, jak jego serce dopasowywało się do rytmu migania. Słowotwórca? Tutaj? Jakim cudem? Dlaczego ktoś miałby…? Słowotwórstwo nie mogło istnieć w tym świecie. W żadnym świecie. Nie na taką skalę ― nie publicznie.
Zbiegł wzrokiem niżej.
Pakiet powieściowy siedem: 30% taniej.
Powieściowy. Powieść.
Ostatni Słowotwórca był powieścią. Opartą na faktach? Nie, niemożliwe. Po prostu powieścią. Nie bardziej prawdopodobną niż arhnańskie legendy, Wycie Wilków czy Czarodziejskie Nici. Tylko że, zupełnie nie jak te historie, które czytał tyle razy przy słabym świetle świec ― ta mówiła o jego magii. Autor mógł… mógł nawet być… Hanael spuścił wzrok, poprawiając lekko szeleszczącą kurtkę, i ruszył przed siebie. Stał za długo. Interesował się za bardzo. Mógł przyciągnąć już z milion spojrzeń.
Ale zapomniał o głodzie i światło nie było już tak dotkliwe. Jakby wszystko pobladło, poszarzało.
To był ciekawy temat. Niezwykle interesujący. Naturalnie wielu ludzi chciało go zgłębić. Jednak dopiero teraz? Wydarzenia w Vinteropii wcale nie były już aż tak świeże. Co znajdowało się wewnątrz tej książki? Co dokładnie zostało spisane? Hanael wcisnął dłoń w kieszeń, dostosowując się idealnie do kroku kobiety przed nim.
Autor nie mógł być słowotwórcą. To niemożliwe.
Hanael spróbował uspokoić oddech. Nie mógł oddychać szybciej ― nie mógł przyciągać do siebie uwagi. Nie mógł też garbić się tak bardzo, więc trochę się wyprostował. Szum deszczu zbliżał się systematycznie i nagle dach tunelu zniknął znad jego głowy. Hanael zapiął kurtkę szybkim ruchem przy akompaniamencie wielu innych zgrzytów.
Skręcił w pierwszą ulicę. Białe, wysokie budynki i przeszklone drapacze chmur powoli zaczęły ustępować mniejszym, kolorowym budowlom. Jakby zamiast wielkich, imponujących wieżowców ktoś zaczął ustawiać kolorowe pudełka jedno na drugim, nieporadnie i bez większego ładu, tak jak dziecko ustawia klocki. A każdy klocek miał małe, okrągłe okno, które dało się zasłonić zasłoną antypociskową, i niewielką, kwadratową przestrzeń. Hanaelowi to w zupełności wystarczało.
Przeszedł pod torami pociągu, przyglądając się ostrożnie wszystkim oknom. Te wyglądały jak oczy jeszcze bardziej, okrąglutkie i w dodatku tak do siebie podobne, że Hanael z trudem umiał odróżnić własne ― pod parterem, zapadające się do połowy aż pod ziemię, zasłonięte stalową zasłoną.
Wszedł do blokowiska ― na schodach przed drzwiami dwójka imigrantów bawiła się, strzelając iskierkami z palców. Hanael tylko przelotnie na nich zerknął i zaraz odwrócił wzrok.
Hol był ciemny, trochę jak w Arhn, a drzwi, zatrzaśnięte na trzy spusty i z kodem, układały się jak żołnierze na straży. Zza niektórych Hanaela dobiegało słabe zawodzenie dziecka, stłumione przez kiepską dźwiękoszczelność; zza innych ― łazienkowych i wspólnych, sama myśl o korzystaniu z nich napawała Hanaela cieniem bolesnego obrzydzenia ― wypływała szczelinami wilgoć. Hanael przemknął pomiędzy nimi jak duch, dochodząc do białych i sterylnych jak dużo wnętrz w Retorianie schodów. Przeszedł na dół szybkim krokiem. Ale nie za szybkim; nie chciał, żeby zbyt głośne dźwięki przyciągnęły czyjąś uwagę. I chodzenie na tak słabych nogach było łatwiejsze, gdy mógł przynajmniej lekko oprzeć się o barierkę.
Łapał głęboki oddech. Napije się kawy, gdy dotrze do pokoju. Myśli szybko mu się od tego rozjaśnią. Będzie mógł przeżyć kolejną noc na półśnie. Robił to już wielokrotnie wcześniej.
Na dole przy oknie stała dziewczyna. Wyciągała szyję nad poziom chodnika i twarz do mżawki, a przez uchylone skrzydła korytarz zrobił się chłodny i pachnący deszczem jak cały ten świat. Hanael przebiegł po niej wzrokiem. Kojarzył ją już z widzenia, siedziała tutaj wielokrotnie, często z papierosem albo jakimś ziołem. Była imigrantką ― jak on i jak prawie każdy tutaj, ale, w przeciwieństwie do niego, nawet nie próbowała się z tym kryć. Kolorowa, barwiona sukienka opadała jej niemal do kostek ― nikt w Retorianie nie ubrałby się w ten sposób. Hanael dostrzegł, jak dziewczyna z cichym szelestem zaczęła formować działkę i wciągnęła ją nosem w głębokim oddechu.
Uciekł wzrokiem w bok, zażenowany. Czuł się całkiem tak, jakby obserwował jakiś intymny stosunek między nią a narkotykiem. Ale ona obróciła głowę ku niemu i uśmiechnęło się krzywo.
― Hej ― rzuciła.
Miała mocny akcent.
― Witaj ― odpowiedział szeptem, wbijając wzrok w swoje drzwi.
Kątem oka dostrzegł, jak opierała się o brudną ścianę. Jej sukience brud nie mógł już przeszkodzić.
― Chcesz? ― zapytała, unosząc dłoń.
Hanael szybko pokręcił głową, nie patrząc na nią. Nie chciał rozmawiać ― szczególnie nie w miejscu, w którym Raziel będzie go szukał.
― Nie, dziękuję ― mruknął przez zaciśnięte gardło.
Jego odpowiedź była jej chyba obojętna.
― Jak twoja robota?
― Bardzo dobrze, dziękuję.
Przeniosła ciężar na drugą stopę. Sukienka zafalowała dookoła jej kostek.
― Wszyscy tutaj mają nas w dupie ― rzuciła niemalże w przestrzeń. Zachrypnięty głos. ― Nie będzie lepiej niż teraz, wiesz to?
― Tak. Zdaję sobie z tego sprawę. ― Hanael przebiegł palcami po ramiączku plecaka, czując, jak ten ciążył mu coraz bardziej. Miał ochotę ugiąć się pod nim, położyć na podłodze i leżeć tam, dopóki jego siły nie wrócą, oczyszczone.
― To było durne. Że wyjechałam.
― Także zachowałem się durnie.
Osunęła się po ścianie, siadając. Podniosła wzrok na wysokiego Hanaela i poklepała miejsce obok siebie. Przełknął ślinę. Mógłby siąść na moment. Mogliby porozmawiać. Może nawet mogliby się razem naćpać. Wtedy na pewno czułby się inaczej.
Pokręcił tylko głową, powoli ruszając w stronę swojego mieszkania.
― Nie to nie. ― Usłyszał za sobą jej głos. I zaraz szept: ― Nienawidzę tego deszczu.
Dłoń Hanaela zadrżała, gdy wpisał kod. Cyfry rozmyły się przed jego oczami, ale przyzwyczaił się już trafiać na numery bardziej instynktownie niż faktycznie na nie patrząc. Drzwi szczęknęły cicho; Hanael uchylił je, wślizgnął się do środka i zatrzasnął za sobą.
W tym tonącym w mroku pomieszczeniu światło przynajmniej nie zapalało się samo.
― …ja także.
Pacnął ręką w ścianę, próbując trafić na włącznik. Chłodna, chłodniejsza może nawet niż poprzednim razem. Gdzie był ten… Hanael westchnął, powietrze znowu wypompowywało się z jego ciała. Wyprostował się i uderzył o siebie dłońmi. Klaśnięcie rozbrzmiało w przestrzeni, rozrywając ciszę.
Światło zapaliło się w jednej chwili. Zmrużył oczy, mając wrażenie, że cała jasność wdzierała mu się do głowy i sprawiała, że wszystko bolało jeszcze bardziej.
Szybko dotknął guzika w elektrycznym czajniku, postawił obok kubek i sięgnął do wysokiego, owalnego pojemnika. Otworzył go i przechylił łagodnie, patrząc, jak cienka warstwa kawy rozpuszczalnej przesypywała się na jedną stronę. Spróbował nabrać ją łyżeczką ― drżący srebrny czubek głośno stuknął o metalowe denko. Jeden raz. Drugi. Hanael odłożył ją, próbując uspokoić dygoczące dłonie. Wsypał całość do kubka.
Nadal mało. Za mało na kawę, która nie będzie smakowała jak woda. Ale nie miał już więcej ― cały jego zapas właśnie się skończył.
Wyrzucił pojemnik do śmietnika, wolno siadając na łóżku i opuszczając powieki. Gdy siedział, głód niemalże zanikał, jakby wsiąkał w ciało. Hanael zmarszczył brwi. Od początku nie był tak duży, powtórzył sobie wyraźnie, słowo po słowie. Jutro i tak musiał już pójść do sklepu, bez względu na wszystko. Nie da rady bez kawy.
Woda zabulgotała głośno i czajnik pisnął. Hanael zalał kawę do pełna i wrócił na łóżko, siadając w siadzie skrzyżnym.
Gorąca para unosiła się z kubka. Hanael rozejrzał się powoli po małym jasnym pokoju ― przynajmniej teraz było tu tylko jedno okno, wychodzące ponad poziom chodnika w zbyt małym stopniu, by ktokolwiek dał radę się przez nie przecisnąć. To pozostawiało wyłącznie drzwi, czyniąc to miejsce znacznie bezpieczniejszym niż Arhn.
Kolory rozmywały się przed jego oczami coraz bardziej i potrząsnął głową, mrugając i skupiając wzrok na szafce obok łóżka. Leżał tam tablet ― tablet był prawdopodobnie dołączony do każdego pokoju, przymocowany do szafki łańcuszkiem z kodem, by dało się go używać wewnątrz, ale nie wynieść. Hanael podejrzewał, że gdyby spróbował złamać szyfr lub oderwać cały łańcuszek, włączyłby się alarm. Retorian uwielbiał alarmy. Wpisujesz nieprawidłowy kod? Alarm. Mylisz się, naciskając klamkę w niewłaściwych drzwiach? Alarm. Wynosisz kartę pracownika poza wąski wyznaczony teren? Alarm.
Napił się gorącej kawy, nie przejmując się szczególnie poparzonym językiem. Miał rację. Smakowała jak woda. Może o smaku kofeiny, ale nadal woda.
Sięgnął po tablet, muskając palcem wbudowany w bok przycisk uruchamiający. Ekran szybko zamigotał i zabłysnął, otwierając się na ostatniej przeglądanej karcie. Tekst o Arline Hodges pokrył go gęstym zapisem. Hanael ściągnął tę… książkę zaledwie wczoraj, ale do końca brakowało mu już tylko paru stron.
Jak mógł wrócić do księgarni sieciowej? Musnął znak cofania i zaraz nacisnął drugi raz, mocniej, przypominając sobie na nowo, że nie wystarczyło lekko ich dotknąć. Strona przeskoczyła na artykuł z gazety ― miał inną czcionkę i był bardziej kolorowy, a w jednej z kolumn znajdowało się zdjęcie. Szczupła, biała twarz, rysujące się kości policzkowe, szeroko otwarte oczy o kształtach migdałów i czarne, gęste włosy, opadające na ramiona. Zdjęcie do dokumentu.
SAMOBÓJSTWO VALIJSKIEJ TURYSTKI.
Szybko wycofał kolejny raz, mimowolnie łapiąc jeszcze wzrokiem parę pierwszych słów. Mógłby już recytować te akapity z pamięci, ale serce nadal biło mu tak samo szybko, jak gdy czytał ten artykuł po raz pierwszy. Dziewczyna weszła na górę bez grupy wycieczkowej, całkiem jak on. Stanęła na krawędzi. Skoczyła.
Tak samo jak tylu ludzi skoczyło przed nią. Tak samo jak tylu skoczy po niej. To brzmiało na takie proste.
Dlaczego akurat ona?
Hanael patrzył tępo na wyświetlające się nazwy kolejnych książek, mocniej zaciskając palce na zbyt ciepłym kubku. Powinien był jej pomóc. Zrobić cokolwiek, zamiast pozwolić jej odejść ― przewidzieć, co może się stać. Dostrzec, że nie było jak należy. Dlaczego nigdy nie umiał przewidzieć niczego dobrze?
Lista książek przewijała się w nieskończoność, rozmywała przed jego oczami, gdy powieki zaczęły powoli opadać. Wciągnął głębiej powietrze, skupiając się na literkach. Uruchomił klawiaturę ― nie mógł przyzwyczaić się do tego, że materializowała się nad ekranem, zamiast pojawiać się wewnątrz. W jaki sposób to działało? Nie umiał wyczuć klawiszy.
Muskał kolejne litery hologramu całą wieczność, nim udało mu się wystukać pakiet.
Ten był w pierwszej dziesiątce. Pakiet powieści siedem: 30% taniej. I dalej lista ― Hanael nie kojarzył żadnego z nazwisk, a już na pewno nie mężczyzny, który napisał Ostatniego Słowotwórcę. Długą chwilę wpatrywał się w znak zakupu, nim powoli go kliknął i wpisał kod bankowy.
Parę kliknięć później ta książka ― ta książka i sześć innych książek ― należała do niego. Nie, nie do niego: wpisała się po prostu w ten tablet, pozostanie z nim, przykuta do tego miejsca. Jedynie od szczęścia zależało, jak długo Hanael będzie mógł zostać z nią.
Siedem różnych tytułów wyświetliło się przed nim, a Hanael przejechał po nich palcem. Kolejne tytuły migały, ale niemal nie rejestrował ich, póki nie trafił na ten konkretny ― wtedy jego wzrok wyostrzył się momentalnie. Zamrugał, uświadamiając sobie, że prawie zapadł w sen. Przetarł przeszklone oczy, spoglądając znowu w ekran.
Ostatni Słowotwórca.

* * *

Michael wypowiedział parę słów słowotwórczych i kłódka się otworzyła.
Hanael przycisnął palce do skroni i rozmasował je powoli, nim ponownie spojrzał na to zdanie, marszcząc brwi. Czy to wina tego, że cała jego głowa pulsowała tępym bólem i po prostu źle przeczytał ― dwukrotnie ― czy raczej błąd autora? Przebiegł wzrokiem po zdaniu po raz trzeci, analizując niemal każde słowo osobno, i pokręcił głową, przełączając tablet na wybór stron.
Przeczytał ich zaledwie sto. Już się pomylił? Pogubił? Przecież pamiętał tamtą scenę bardzo wyraźnie, tę, w której Michael pisał zaklęcia.
Dwudziesta czwarta strona.
Michael planował przed kolacją napisać jeszcze dwa inne czary.
Oczywiście, Hanael nie mógłby jej zapomnieć; nie mógł zapomnieć lekkiego skonfundowania, które przebiło się przez szybko stygnący entuzjazm, gdy to przeczytał. Podniósł wtedy wzrok na chwilę, próbując wyobrazić sobie tempo słowotwórcy, który pisze parę zaklęć jednego wieczoru, zamiast dopracowywać swoje czary tygodniami, nim uzyskają konsystencję magii odpowiednią, by faktycznie zadziałać. Niesamowite; Michael mógł pochwalić się niemal nadludzką wydajnością. Aż Hanael nabrał cienia wątpliwości.
Ale przynajmniej dzięki temu zapamiętał, że Michael z całą pewnością był słowotwórcą.
Powoli przesunął palcem po powierzchni tabletu, wracając do ostatniej strony. Michael wypowiedział parę słów słowotwórczych i kłódka otworzyła się.
Słów słowotwórczych, wzrok Hanaela mimowolnie zawisł na tym wyrażeniu. Nie padło po raz pierwszy, ale nadal brzmiało na dziwne, odrealnione. Dlaczego ktoś miałby mówić w ten sposób? Czy to autor próbował zakryć znajomość tematu, żeby nikt nie odkrył go jako maga?
Jeśli tak, to robił to naprawdę znakomicie. Hanael nie wyobrażał sobie, jak bardzo Michael musiał utrudnić sobie robotę, skoro postanowił poświęcić wiele dni na napisanie zaklęcia do tej konkretnej kłódki w swojej własnej bazie, kiedy mógł po prostu przynieść klucz. Albo złamać czy roztopić kłódkę jakimś znacznie prostszym, mniej wymagającym czarem. Robił to, żeby móc choć przez chwilę poczuć magię? To Hanael umiałby w pełni zrozumieć, ale nie padło o tym nawet słowo. Michael nie skomentował uczucia w żaden sposób. Jakby w ogóle go nie przeżył.
Co może byłoby logiczne, gdyby był tylko słowotwórcą. Ale nie był ― był też realizatorem.
Hanael pokręcił wolno głową, przyswajając tę myśl. Z której strony to niby miało sens? Nie mógł równocześnie czarować i pisać zaklęć, nikt tego nie potrafił. I czy w ten sposób nie tracił więzi pomiędzy realizatorem a słowotwórcą? Będąc i jednym, i drugim? Czy to znaczyło, że w pewien sposób był pełniejszą osobą niż normalny człowiek?
To pasowałoby do całego rzędu jego innych dobrych cech, pomyślał Hanael, wpatrując się w coraz jaśniej świecący tablet. Albo tylko wydawało mu się, że świecił coraz bardziej, jego oczy robiły się naprawdę gorące i ciężkie.
Dlaczego ktokolwiek miałby napisać coś takiego? Autor musiał kryć się bardzo dobrze, tak dobrze, że w jego opisach magii nie pozostawało nic z tego, czym była naprawdę. Ale jeśli tak, to po co w ogóle napisał tę powieść? Nic dziwnego, że wszyscy mieli mylne pojęcie o magii słowotwórczej, jeśli to były książki, które traktowali jako główne źródło informacji. Żaden mag słowotwórczy nie chciałby dać tej magii tak złego świadectwa, miała już dostatecznie zniszczony wizerunek.
A to oznaczało, że autor nie miał pojęcia o tym, co pisał.
Hanael spojrzał na jego małe nazwisko wyświetlone na górze. Howard Bulle. Nazwisko, za którym chwilę wcześniej mógł kryć się słowotwórca albo realizator; teraz był tam po prostu człowiek, który nie wiedział, o czym pisał. Człowiek, którego mag czarował z takim zaangażowaniem, jakby właśnie mył zęby albo się ubierał. I w dodatku umiał przy tym pisać zaklęcia. Bez najmniejszego problemu.
Hanael nie mógł przestać czytać w jakimś dziwnym rodzaju sfrustrowanej fascynacji. Czy było w jego magii coś jeszcze, co dało się zniszczyć niewłaściwym opisem?
Przecież to nie takie trudne. Vinteropia miała zadziwiająco wnikliwe opisy działania słowotwórstwa i nawet jeśli potykała się na drobiazgach, doskonale rozumiała ideę. Wystarczyło sięgnąć po jakąkolwiek lekturę z ich analiz. Coś z pewnością przetłumaczono. Howard Bulle nie był zainteresowany?
Hanael nie miał pojęcia, dlaczego czytał dalej. Miał sześć innych książek, na które mógł przełączyć, ale to ta trzymała go na jawie. Jakby każde kolejne słowo w jakiś sposób pobudzało myśli. Nie, to nie mogło działać w ten sposób. Nie, czar nie byłby w stanie zrobić czegoś takiego. Nie, po tym zaklęciu Michael musiałby spać parę dni.
Mięśnie bolały coraz bardziej, a szyja wydawała się ciążyć prawie tak, jakby była tylko wieszakiem, na którym powieszono zbyt ciężką głowę. Hanael skupiał się na słowach, mając wrażenie, że jego twarz robiła się zimniejsza; i nagle tablet wysunął się spomiędzy jego palców. Spróbował zacisnąć je mocniej, ale wszystko dookoła zrobiło się całkiem ciemne. Jego szyję przeszyła kolejna iskra bólu, a powieki zaciążyły.
― To taka debilna książka, nie sądzisz, Hanael?
Hanael wciągnął oddech ze świstem, podrywając się i przylegając do ściany. Bezradne zaklęcie uformowało się na jego ustach, ale przed nim nikt nie stał ― cały pokój, zalany białym światłem, był pusty. Lodówka w tym samym miejscu. Kubek po wodnistej kawie.
Hanael mocniej przycisnął plecy do lodowatej ściany, gdy jego klatka piersiowa falowała w nerwowym oddechu. Był sam. Oczywiście, przecież zawsze był sam.
Na jak długo zasnął? Sięgnął tabletu i uruchomił go powoli.
Po trzeciej w nocy. Jeszcze jakieś dwie godziny i będzie mógł wyjść do pracy. Numerek i literki rozmywały się w jego drżącej dłoni. Szybkim gestem odłożył tablet na szafkę, przyciskając rozgrzane palce do czoła. Musiał wyjść. Znowu.
To nie było Arhn.
Przyciągnął plecak, leżący w nogach łóżka, i rozpiął boczną kieszeń. Niemal na oślep wymacał kartę i wyciągnął ją. Biała, śliska, z małymi czarnymi literkami. Keith Neall.
Nie ta, której szukał. Należało ją wyrzucić, Hanael zdawał sobie z tego sprawę, ale tylko bezwiednie włożył ją z powrotem na swoje miejsce. Ten człowiek był dla niego tak miły. Zadawał mu takie zwyczajne pytania. Poświęcił chwilę własnego życia, żeby zatrzymać się, spojrzeć na Hanaela i odezwać się do niego prawie tak, jakby byli sobie równi. Jakby Hanael nie był cieniem człowieka, a unikanie go wzrokiem najbardziej naturalną reakcją na świecie.
I nie zniechęcił się, mimo że Hanael nie umiał wykrztusić ani jednej sensownej, dobrze skonstruowanej odpowiedzi, będąc najnudniejszym rozmówcą w Wieloświecie i dalej.
Wyrzucenie tej wizytówki wydawało się prawie nieuczciwe.
Pieniądze musiały nadal znajdować się w lnianej sakwie. Hanael sięgnął do wnętrza, czując się dziwnie, gdy jedynym, co wyciągnął, była maleńka karta ― wszystkie drobne, dźwięczące monety, namacalne i ciężkie, zniknęły w banku. Zamiast nich Hanael miał teraz to.
Karta zalśniła srebrzyście w jego palcach. Uspokoił oddech, próbując przybrać spokojną twarz.
Tylko kawa, bułki i konserwy. Starczy mu na dłuższy czas. Nie będzie musiał robić tego po pracy. Spokojnie zdąży przynieść tu zakupy, odłożyć je i ponownie zebrać się do wyjścia, a wróci już do jedzenia, mocnej kawy i poczucia, że nie musi wychodzić przez całą noc.
Naciągnął na siebie kurtkę, uważnie poprawiając kaptur. Za każdym razem miał irracjonalne wrażenie, że ułoży się w zły sposób, przyciągając miliony spojrzeń.
Dziewczyna nie stała już na korytarzu. Hanael sam nie był pewien, czy spodziewał się ją zobaczyć, nie był nawet pewien, dlaczego w ogóle pomyślał o tym, że jej nie ma. Prawdopodobnie po prostu zniknęła za jednymi z identycznych drzwi, w pokoju bliźniaczo podobnym do tego, który zamieszkiwał Hanael ― opadła na łóżko w ciężkim, zamraczającym śnie, niczym po zbyt wielu zaklęciach.
Hanael przelotnie spojrzał na parapet, przy którym stała, i przyśpieszył kroku, chociaż jego nogi drżały.
Irracjonalne. Przecież Raziel nie pojawiłby się tu tak szybko. Nie mógł odgadnąć tak prędko, w jakim świecie był Hanael ― całe dwa lata zajęło mu znalezienie go w Arhn. Hanael spuścił wzrok na podłogę. Gdyby tylko nie zrobił z siebie tak dużej legendy; gdyby tylko poruszał się, uciekał cały czas, zamiast ciągle osiadać w jednym miejscu. Nie mógł popełnić tego błędu kolejny raz. Powinien zmienić to mieszkanie po paru miesiącach.
Kolejne rozglądanie się za domem. Kolejne rozmowy. Kolejna praca. Tyle bycia na zewnątrz.
Duszność korytarza płynnie przepłynęła w wilgotną, deszczową noc ― deszcz zwiększył się w ciągu ostatnich godzin i Hanael szybko naciągnął kaptur, dołączając do innych zakapturzonych głów. Arhn z zachodem słońca pogrążało się w głębokiej, ciemnej ciszy, tak, że dało się usłyszeć najmniejszy obcy dźwięk; Retorian był wiecznym hałasem.
Coś nad nim huknęło. Hanael spiął się, ale powstrzymał skulenie, mocniej zaciskając dłoń na karcie kredytowej. To tylko pociąg przejeżdżał po podniebnych torach. Jak zawsze tutaj.
Sklep był tylko parę kroków i jedne schody stąd. Nie zajmie mu to długo. Hanael wiedział o tym, ale jego nogi drętwiały coraz bardziej i ciągnęły do dołu, im dłużej szedł. Wszystko dookoła było takie głośne. Dlaczego ludzie tutaj nigdy nie spali?
Jego żołądek niemal ssał pustką, ale wystarczyło nie dać się oszukać. Człowiek mógł wytrzymać bez jedzenia znacznie dłużej niż trzy dni, Hanael musiał po prostu skupić się i przestać czuć tak, jakby miał zaraz upaść. Wzdrygnął się na samą myśl, zupełnie jakby jego kurtka nagle przemokła deszczem. Osłabłby zupełnie jak tamta dziewczyna ― ktoś mógłby podejść. Próbować pomóc. Zwrócić na niego uwagę.
Przyśpieszył kroku, skupiając się na każdym postawieniu stopy. Krok, krok. Szum deszczu. Szary, gładki chodnik pod nowymi butami, przenikający w błyszczącą śliskością, białawą płytę.
Schody wyrosły przed nim nagle i Hanael poderwał wzrok. Ktoś w kolorowym płaszczu otarł się o niego, szybko znikając między światłami; ludzie snuli się po schodach gęsto, wchodząc i wychodząc z tłocznego sklepu. Hanael spojrzał z powrotem w schody. Jeden stopień. Drugi ― nim się obejrzał, stopnie usunęły mu się spod stóp, pozostawiając tylko więcej białej płyty.
Fluorescencyjne kolory wydawały się skakać po szyldzie sklepu, aż Hanael musiał zmrużyć oczy, a krople jeszcze uwydatniały ich blask. Niżej ― za szybą ― byli ludzie. Kolorowe płaszcze i kurtki, wielobarwne włosy i różne produkty, wszystkie stłoczone na zamkniętej przestrzeni. Dostatecznie szerokiej, by każdy miał swoje miejsce i był łatwo dostrzegalny w jasnym świetle. Jak na scenie.
Ciepłe powietrze klimatyzacji w jednej chwili przefiltrowało deszczowy chłód. Nadgarstki Hanaela dygotały, gdy sięgnął do kaptura. Lampy momentalnie oświetlą jego twarz ― pokażą go wszystkim, tak, by każdy mógł dokładnie go zapamiętać. Przechadzającego się po sklepie. Stojącego w kolejce. Wychodzącego ze wzrokiem wbitym w podłogę. Wybijającego się wzrostem ponad zbyt dużo osób.
Złapał drżący oddech, ściągając ramiona bardziej w dół, próbując zgarbić się jeszcze mocniej. Jego brzuch jakby zwinął się w rulon, dopasowując się do reszty ciała.
Kawa. Bułki. To była tylko wizyta w sklepie. Spokojnie.
Kosze na towar ciągnęły się w górę w rzędach, jeden na drugim, w paru kolorach. Hanael sięgnął po nie, ale zawahał się. Nie brał tak dużo. Zmieści kawę i bułki w dłoniach.
Konserwy.
Schwycił głębszy oddech, sięgając po kosz z wierzchu i wyciągając go. Następny jakby przyszpilił się do niego, dając pociągnąć się za nim ― i odkleił się w ostatniej chwili, wpadając na swoje miejsce. Konstrukcja zadrżała. Hanael napiął się, mocniej zaciskając dłoń na rączce.
Stos znieruchomiał.
Hanael uświadomił sobie, jak szybko waliło jego serce. Jakby całe ciało zamarło w gotowości, by zbierać kosze, ustawiać je na sobie, a zaraz potem uciekać na drżących nogach, zapominając, po co w ogóle tu przyszedł.
Ale kosze nie upadły. Oczywiście.
Kawa, bułki, konserwy. Nauczył się już na pamięć najkrótszej drogi pomiędzy nimi. Wystarczyło przemknąć między alejkami, zbierając je szybko ― ale nie tak szybko, by wyglądać jak podenerwowany złodziej ― stanąć w kolejce, wyjść. Parę krótkich kroków. To nie powinno być takie trudne.
Bułki znajdowały się niemal na początku, biło od nich ciepło świeżego pieczywa ― traciły je całkiem po godzinie, po dwóch dniach robiły się twarde, po trzech niemal czerstwe. Rulonik siateczek z obcego materiału wisiał z boku. Hanael skupił na nim spojrzenie, wszystkie siły wkładając w podejście do niego i wyciągnięcie ręki.
Jego dłoń zamarła parę milimetrów przed siateczką, bo ubiegł go ktoś inny. Hanael przeniósł na niego wytrącony ze skupienia wzrok, natrafiając na obce, znudzone spojrzenie.
― Przepraszam ― wykrztusił, cofając się i garbiąc mocniej.
Mężczyzna mruknął coś gardłowo. Bułki złociły się za mętną, plastikową szybą.
Hanael odwrócił spojrzenie, odchodząc szybkim krokiem. Byle jego nogi nie zdrętwiały całkiem, zatrzymując go w jednym miejscu, byle pulsowanie w głowie nie sprawiło, że będzie musiał zacisnąć oczy choć na chwilę. Nie potrzebował tych bułek. Co by z nimi zrobił? Sczerstwiałyby, nim zjadłby wszystkie. Wystarczą mu kawa i konserwy.
Ciepło pieczywa prześlizgnęło się w chłód bijący od lodówki. Hanael obejrzał się na nią; puszki chłodzonych napojów rozciągały się w rzędach. Na wyższej półce dostrzegł znajomą, fioletowo-srebrną etykietkę z błyskawicą. Napój energetyczny. To znaczyło, że nie chciało się po nich spać aż tak bardzo.
Rozejrzał się szybko. Nikt nie podchodził. Nikt chyba nie chciał wyciągnąć napoju w tym momencie.
Hanael zacisnął palce na drzwiczkach lodówki ― lodowata szyba odbiła jego podłużną, bladą do białości twarz z wyraźnymi fioletowymi kręgami pod oczami ― i otworzył je.
Chłód wydawał się wnikać w jego suchą, napiętą skórę, a palce jakby kostniały, wyciągając się do półek. Hanael próbował opanować drżenie, niezdarnie łapiąc puszkę ― i nagle poczuł, jak kolejna tuż obok ociera się o jego dłoń i zsuwa.
Gdzieś pod nim rozległ się metaliczny trzask.
Hanael zastygł w martwej ciszy, jaka nagle ogarnęła sklep. Wszystkie spojrzenia wydawały się błądzić, chcąc odkryć, skąd dobiegł dźwięk. Kto nie był dość zręczny, by normalnie schwycić puszkę. Kto nie był w stanie robić tak podstawowych ruchów. Hanael mocno zacisnął palce na zmrożonych drzwiczkach, usiłując uspokoić oddech.
Szum sklepowego ruchu w końcu powoli wypełnił pomieszczenie. Nie, on nigdy nie znikł. Rozbrzmiewał cały czas. Nikt nie patrzył na Hanaela. Nikt nawet nie usłyszał. To był tylko cichy trzask.
Hanael zacisnął oczy, wciągając świszczący oddech przez nos. Powietrze wolno uleciało z jego podrygujących płuc. Puszka leżała na podłodze, błyszcząc srebrną etykietką. Hanael musiał ją podnieść. Zachować spokój, podnieść i odejść, jakby nic się nie stało. To należało zrobić. To zrobiłby każdy normalny człowiek.
Ukucnął. Czubek jego nowego retoriańskiego buta nagle pojawił się przy puszce i kopnął ją, przesuwając z cichym odgłosem. Hanael runął na kolana, sięgając dalej, wyciągając całą długą rękę ― ale cudze palce już złapały i uniosły puszkę. Hanael patrzył. Czuł się tak bezrozumnie. Nie był w stanie nawet schwycić czegokolwiek bez zniszczenia wszystkiego.
Cudza dłoń wyciągnęła puszkę w jego stronę i Hanael opamiętał się. Zamrugał szybciej. Podniósł wzrok.
― Dzię…
Jego ciało zamarło, pozostawiając usta w półotwarciu. Czuł drżenie własnej brody, gdy próbował złapać oddech. Poruszyć językiem, szukając jakiegokolwiek słowa. Zaklęcia. Ale w głowie nie pozostało mu nic. Opustoszała, ogarnięta lodowatą pustką, zupełnie jak we wszystkich snach.
Tylko że to nie był sen.
Raziel parsknął śmiechem, a śmiech huknął zbyt głośno w zupełnej ciszy. Zbyt realistyczny na jakikolwiek sen. Gorąco zalewało ciała Hanaela, gdy nie był w stanie oderwać wzroku od każdego zęba w ustach Raziela, od zaciśniętych w rozbawieniu oczu, od zmarszczonych brwi. Mógł tylko patrzeć jak gwałtownie ostudzona woskowa figura. Zamknięta na zawsze w jednej pozycji. Bezradna i zbyt łatwa do zmiażdżenia pięścią.
― Nie ma za co, Hanael. I tak wygląda na to, że cała przyjemność jest po mojej stronie. ― Raziel lekko podrzucił puszkę. Światło sklepowe prześlizgnęło się po srebrnej etykietce.
 Hanael poruszył językiem. Zaklęcie. Musiał znaleźć zaklęcie. Za Razielem, gdzieś w oddali, majaczyło wyjście. Musiał znaleźć zaklęcie, poderwać się i uciec. Zniknąć. Zanim Raziel rzuci się na niego i złapie go, i już będzie za późno na wszystko.
Ale nie mógł oderwać od niego wzroku, czując, jak coś gorącego i bolesnego zaczynało zwijać się w jego brzuchu. Jego ciało zdradzało go, dygotało, okazując strach tak prosto, że równie dobrze mógłby położyć po sobie uszy. Tylko żałośni, odarci z szacunku ludzie okazywali strach.
Dokładnie tacy jak Hanael.
― Przepraszam, czy coś się… ― Głos gdzieś z boku.
Hanael skulił się obronnie.
― Nic ― odpowiedź Raziela była swobodna ― tylko się przewrócił.
Zaraz potem wyciągnął rękę. Hanael chciał odskoczyć, ale wielka dłoń Raziela już zakleszczyła się na nim i pociągnęła go w górę. Słabo szarpnął się w uścisku.
Musiał się uwolnić. Uderzyć go. Zaklęciem. Spojrzał na palce Raziela, wielkie i silne na jego chudym ramieniu, ale obraz już rozmywał się w jego oczach. Ogarniała go obca duszność, jakby wszystkie drzwi i okna w sklepie zamykały się i wsiąkały w ścianę, zostawiając go w kurczącej się klatce.
Nie. To nieprawda. Drzwi nadal tam były, musiał tylko ich sięgnąć ― uwolnić się i ich sięgnąć.
Jego nogi ściskały się w zesztywnieniu. Jakby już nigdy nie miał szans zrobić nawet kroku. Hanael otworzył usta, poruszając językiem bezradnie. Może naprawdę utracił zdolność mówienia? Może Raziel odebrał mu głos? Może już nigdy nie będzie mógł powiedzieć ani jednego słowa, może straci wszystko, co miał, na zawsze pozostając niemy i odarty ze wszystkiego, przy Razielu, jak jego pies?
Nie. Szczęka drżała mu zbyt mocno. Nic więcej. Musiał się uspokoić, przestać wciągać oddech tak gwałtownie i uciec.
Szarpnął się w nerwowym drgnięciu, a Raziel puścił go płynnie. Hanael odetchnął nierówno, spoglądając na swoje ramię. Odrętwiałe, szorstkie uczucie jakby powoli zsuwało się z jego ciała. Tylko szczypało, ale Hanael miał wrażenie, że gdzieś pod spodem palce Raziela pozostawiły wypalony ślad, wczepiając się pod jego skórę na zawsze. Nadal mógł poczuć ten dotyk.
Puszka nagle pojawiła się pod jego nosem.
― No dalej, Hanael. Nie weźmiesz nawet swojej puszki? ― Raziel poruszał się wolno, leniwie, dyktując tempo całego przedstawienia. Wolno obrócił puszkę w palcach, spoglądając na etykietkę i lekko mrużąc oczy. ― Impuls. ― Jego głos brzmiał odlegle i był zbyt blisko równocześnie. Jego ciało też. Palce ― palce były zaledwie parę centymetrów od Hanaela, a Hanael nie umiał nawet cofnąć się w kąt, zagonić się bardziej w ślepy zaułek między lodówką a szerokimi barkami Raziela. Jego stopy przyrastały do podłogi. ― Pobudzi cię w… jednej chwili. ― Usta Raziela drgnęły w rozbawieniu. ― Widzę, że masz problemy ze snem, Hanael. Wyczekujesz mnie po nocach czy co? Nie musisz się tak obawiać, zawsze w końcu cię odwiedzę.
Światło ślizgało się na granicy jego włosów, a wszystko dalej traciło wyrazistość; rozmyte drzwi, rozlani ludzie, rozpadające się w oczach półki. Jakby istniał tylko Raziel i cień Hanaela, próbujący wniknąć w podłogę i zniknąć.
Uciec. Uciec. Uciec.
Ramiona Raziela zadrżały i spojrzenie Hanaela w jednej chwili skrystalizowało się na nim. Parsknął śmiechem. Całe jego ramiona zadygotały.
Hanael przestał oddychać.
To trwało całe wieki. Wieki, nim przestał.
― Wybacz, Hanael, staram się traktować to poważnie, ale nie mogę przestać myśleć o tym, jakie to zabawne. ― Raziel zwinnie przerzucił puszkę do drugiej ręki. Hanael skulił się, gotów oberwać zimnym metalem, ale nie mógł cofnąć się bardziej. Mróz lodówki już dmuchał mu w plecy. Nie było żadnej drogi ucieczki. ― Siedzisz sobie w nowej budzie, nie śpisz, nie jesz, tylko na mnie czekasz; a jednak nadal nie chcesz do mnie dołączyć! ― Spojrzał na Hanaela, kręcąc głową z miną dorosłego patrzącego na niezdecydowane dziecko. Cień kpiny ślizgał się po jego twarzy. Hanael śledził go wzrokiem, czując, jak oczy piekły go od niemrugania. Nie mógł już pozwolić sobie na mrugnięcie.
Spuścił ramiona w dół, jakby chcąc zmniejszyć go w oczach Raziela. Udowodnić mu, że był zbyt żałosny, żeby zawracać sobie nim głowę. Raziel uśmiechał się, ale nie poruszał ustami. Oczekiwał reakcji, uświadomił sobie Hanael.
Ale Hanael nie był w stanie dać mu żadnej reakcji.
I Raziel dostrzegł to. Uśmiech powoli starł się z jego twarzy. Płuca Hanaela zaczynały pękać. Odetchnął gwałtownie. Oczy zaszły mu łzami.
― Nie musisz się niczym przejmować, chcę ci tylko coś pokazać. ― Raziel znowu mówił. Wyciągnął rękę w jego stronę i Hanael cofnął się; jego plecak naparł na drzwi lodówki, spłaszczając się.
Nie mógł przeniknąć przez ścianę. Nie było już żadnej drogi ucieczki.
― Przejdziemy się i słowem cię nie dotknę, przysięgam. ― Dłoń Raziela spoczęła mu na ramieniu, ale oczy nawet nie były zwrócone w jego stronę; Raziel z ogromnym zainteresowaniem obserwował puszkę. ― Żaden z nas nie chce zniszczyć takiego sklepu, czyż nie?
Gdyby Hanael nie skręcił po tę puszkę. Gdyby nie poddał się porywowi nadziei, że głowa nagle przestanie go boleć. Gdyby nie był dość słaby, żeby poddać się głodowi. Gdyby nigdy nie wszedł do tego sklepu ― gdyby nigdy nie wyszedł z domu.
Obrzydzenie zabulgotało gdzieś w nim.
Powiedz zaklęcie i uciekaj.
Nie był w stanie zrobić nawet tego.
― Możesz też, oczywiście, uciec. Jestem prawie ciekaw, jak daleko dobiegniesz. ― Raziel spojrzał wymownie na jego ciało. ― Myślisz, że tym razem też mi się nie uda cię złapać? ― Uniósł brwi z zainteresowaniem, jakby chętnie porwał się na tę grę.
Hanael chciał pokręcić głową, ale nie umiał. Nie był w stanie.
― To jak, Hanael, idziemy? Tylko mały spacer, obiecuję. ― Dłoń Raziela mocniej zacisnęła się na jego ramieniu, lekko go ciągnąc. Na jego twarz zabłąkał się kolejny uśmiech. ― Nie możesz zarzucić mi, że kiedykolwiek złamałem obietnicę.
Hanael czuł się tak, jakby przylepiono go do tej lodówki. Jakby nie był w stanie się od niej oderwać, czekając już tylko, aż nogi ugną się pod nim i runą, przygniecione ciężarem, jaki osiadł mu w żołądku. A wtedy Raziel podniesie but i zmiażdży go, bo to właśnie należało zrobić, gdy robak pełzał po twojej podłodze.
Poczuł, że jego ciało wyprostowało się i stanęło na zesztywniałych nogach, ale to jakby nie był on. Stopniowo, powoli podniósł wzrok na tyle, by być w stanie znowu uchwycić twarz Raziela; błąkał się spojrzeniem bezradnie, ściągając usta, jak tylko zdołał. Ale Raziel mógł zobaczyć jego strach; mógł zobaczyć drżącą brodę, dygoczące dłonie, kompletnie zesztywniałe nogi; mógł wyczuć je wszystkie nosem, bo Hanael śmierdział własnym strachem równie mocno jak śmierdział potem, złą imigrancką dzielnicą i każdym gównem, jakie przylepiło się do niego przez te wszystkie lata. Każdym swoim błędem.
To było wszystko, czym był.
Ledwo zarejestrował uśmiech Raziela.
― Wspaniale!
Sięgnął i nagle otoczył go ramieniem. Hanael otworzył usta, czując, jak przedramię przyciskało się do jego szyi, chcąc go udusić, jak nie mógł złapać powietrza ― wciągnął szybki oddech. Nie. Raziel obejmował go tylko, jego lepiące się ramię zostawiało kolejny zapach, kolejny ślad na ciele Hanaela.
Ale nie dusił.
Był tuż obok; dość blisko, by Hanael słyszał szelest jego włosów, gdy ocierały się o kurtkę. Gorzkość wezbrała gdzieś w jego ustach. Nie da rady iść. Nie da rady nawet się ruszyć.
Pchnięcie w przód. Hanael zrobił krok posłusznie, czując, jak ręka Raziela mocno zacisnęła się na jego karku i pchnęła drugi raz, mocniej, bardziej porywczo. Przyśpieszył, dopasowując się do powolnego i zbyt szybkiego zarazem rytmu. Słowa zaklęć obijały się gdzieś w jego głowie. Teraz mógłby ich użyć. Teraz mógłby wyszarpnąć się i uciec ― nie. Nie mógł tego zrobić. Jeden błędny ruch, jedno złamanie zasad i Raziel złapie go z przyjemnością. Hanael nie zdąży dobiec nawet do końca alejki.
Skupił szeroko otwarte oczy na punktach przed nimi. Środkach czyszczących, między które właśnie weszli. Pachniały sterylnym zimnem. Gdyby Hanael był robakiem, jeden z nich z łatwością zmyłby go z powierzchni ziemi.
― Przyjemne miejsce po tak ograniczonym światku jak Arhn, prawda?
Raziel poruszył się lekko. Serce Hanaela podskoczyło. Spiął ramiona, powstrzymując uskoczenie. Ciągle czuł na sobie jego zainteresowane, podszyte kpiną spojrzenie. Zasłużył na tę kpinę.
― Chyba jesteś bardzo spięty. ― Raziel poprawił uścisk. ― Spokojnie, Hanael. Tylko spacerujmy.
Hanael zrobiłby wszystko, żeby się uspokoić. Żeby uczynić strach niewidocznym. Żeby przestać myśleć o tym, że Raziel mógł w każdej chwili otworzyć usta i zaraz będzie zbyt późno. I zaleje ich światło, kolejne światy prześlizgną się między nimi ― aż ten właściwy się otworzy.
A Hanael zasługiwał na to. Na wszystko, co go spotka. Na powrót, na poczucie zamknięcia, na czucie się tak.
― Hej, Hanael! ― Twarz Raziela była tuż obok, krzyczał mu niemal do ucha.
Puść, bezradna prośba mignęła w głowie Hanaela. Proszę. Proszę, puść. Środki czystości zniknęły za nimi. Raziel nakierował ich w stronę jedzenia.
― Skoro już razem idziemy, to może się do mnie odezwiesz? Nie przywitasz się nawet? Nie jesteś ciekaw, co mam ci do powiedzenia?
Hanael spuścił wzrok niżej, na podłogę. Białe, równo ułożone, lśniące płyty. Nie chciał wiedzieć. To go nie dotyczyło, nie będzie go dotyczyło, nieważne, czym było, nie będzie w stanie nic z tym zrobić.
Co z tego? Raziel i tak mu powie. Mógł powiedzieć mu cokolwiek, gdy tylko chciał, bo Raziel zawsze, zawsze był o krok przed nim. Zawsze miał kontrolę nad jego ruchami, zawsze był jego scenarzystą. Hanael nie miał wyborów ― wszystkie należały do Raziela. Nieważne, co zrobi, nieważne, na co się zdecyduje.
Nie. Już nie. Tak nie jest. Nerwowe urywki myśli szarpały się w jego głowie.
Raziel decydował o wszystkim i powiedział mu już, że dzisiaj go nie schwyta. Dzisiaj chciał porozmawiać. Dzisiaj Hanael musiał się do niego odezwać.
― Nie obchodzi cię już nic, co dzieje się na świecie? Myślałem, że lubisz wiedzieć takie rzeczy? A nawet się nie przywitasz?
Przerwy między płytami były szare i cienkie, ale im dłużej się na nie patrzyło, tym grubsze się wydawały.
― Hanael.
Nowy rodzaj nacisku.
Hanael wstrzymał oddech, uświadamiając sobie, jak szybko serce dudniło w jego piersi. Wyminęli ich ludzie, ale widział tylko ich stopy, niemal nie słyszał szeptów. Nadal byli dookoła, ale Hanael czuł się niewidoczny, odcięty od nich wszystkich. I tak nie zasługiwał na niczyją pomoc.
Ramię Raziela zacisnęło się mocniej.
― Nawet na mnie nie spojrzysz, Hanael?
Płyty odbijały sklepowe światła intensywnie, aż zbyt biało i jasno. Gdzieś na nich, daleko pod Hanaelem, błąkały się jego nogi, ciągnąc się przed siebie ostatkiem sił. Jakby zaraz miały się załamać.
Hanael nie mógł spuścić z nich wzroku. Wtedy upadnie.
― No dalej, Hanael. Nie przywitasz się? „Dzień dobry”, Hanael. „Dzień dobry”.
Hanael otworzył usta, próbując przepchnąć dźwięk, ale nie wydobyło się z nich nic. Wydawało się, że jego język zaplątał się i nie mógł już dłużej działać. Jakby wyrwano mu gardło, pozostawiając w jego miejscu tylko chłodną, charczącą pustkę.
Nie. Nie mógł się nie odezwać. Odezwanie się było jego rolą.
― Dzień… dobry. ― Słaby, mechaniczny głos. Coś ściskało go w przełyku. Nie da rady powiedzieć nic więcej.
Nie musiał podnosić oczu, żeby wiedzieć, że Raziel na niego patrzył. Wyczuwał jego wzrok niemal instynktownie.
― Dzień dobry kto?
Hanael otworzył usta znowu, równie szeroko jak oczy, wciągając powietrze. Jego pierś zadrżała przy nierównym wdechu.
― Dzień dobry, Raziel. ― Jego ton stał się spokojniejszy, przesiąknięty pustym, zrezygnowanym przyzwyczajeniem.
Jak płynnie umiał się w to wślizgnąć. Zlać przerażenie z rezygnacją.
― Widzisz! Nadal umiesz być posłuszny, jeśli zechcesz. Może powinieneś próbować tego częściej? ― Hanael poczuł, jak ręka Raziela ześlizguje się i znika i pozostają tylko palce, które mocno wczepiły się w jego ramię.
Słaba wdzięczność za tę nagrodę zatliła się gdzieś w nim. Jego ramiona znowu były dość wolne, by mógł oddychać ― nawet jeśli wydawało mu się, że ręka Raziela była zaciśnięta równie ciasno co chwilę temu.
― I wreszcie możemy porozmawiać jak ludzie, a nie jakieś… niecywilizowane zwierzęta. Jesteś ciekaw, dlaczego chciałem z tobą porozmawiać?
Nogi Hanaela bolały coraz bardziej, napięte od wysiłku. Palce Raziela mocno wbijały się w kurtkę.
Paniczna myśl ogarnęła jego umysł. Nie da rady dalej iść, ramię w ramię z Razielem, słysząc jego głos i czując jego ręce dookoła siebie. Nie da rady.
Ale szedł.
― Nie muszę cię informować, jeśli nie chcesz, Hanael.
Każde słowo wymagało wdechu, wdechu tak głębokiego, że klatka piersiowa Hanaela wydawała się na nie zbyt płytka.
― Jestem. Jestem ciekaw.
― O, a jednak! ― Raziel rozpogodził się. Nowa radość przebrzmiała w jego głosie. ― A więc?
Hanael przymknął oczy. Bolały tak bardzo. Nie da rady ich otworzyć. Chciał zniknąć w ciemności, jaka była dookoła, gdy spuszczał powieki.
Kurtka Raziela zaszeleściła. Hanael gwałtownie otworzył oczy.
― Proszę, powiedz mi ― powiedział niemalże z rozpędu. Nie mógł opóźniać; nie mógł znudzić Raziela. Raziel nienawidził się nudzić.
Ale teraz znowu był rozbawiony. Śmiał się i oparł się silniej o Hanaela, a Hanael zamarł jak łatwe do złamania drzewko.
― Nie jestem pewien, czy na to zasługujesz, Hanael ― rzucił Raziel, przyciskając się do niego mocno, zbyt mocno. ― Nigdy nie byłeś dla mnie zbyt miły; ale niech już stracę. ― Uniósł dłoń, ale sięgnął nią tylko do kieszeni.
Nie patrz. Nie patrz.
To był biały, podłużny, płaski przedmiot. Karteczka. Jasne światło prześlizgnęło się po jej powierzchni tak, że napisu nie dało się odczytać zbyt długą chwilę, ale w końcu zza niego wypłynęły drobne, czarne literki.
Hanael znał tę czcionkę na pamięć. Znał na pamięć imię i nazwisko, i numer telefonu.
Jego broda zadrżała.
Keith Neall.
Uświadomił sobie, że zwalnia, niemal przystaje, dopasowując się do świata, który zastygał wokół niego; nagle palce Raziela szarpnęły go za ramię i przyśpieszył znowu. Nie mógł zwalniać. Nieważne, jak bardzo wszystko go bolało i jak ciężki głaz wypełniał jego gardło, i jak bardzo chciał skulić się i upaść, i błagać Raziela, żeby tego nie robił.
Keith Neall tańczyło przed jego oczami, rozbijając się na pojedyncze literki.
― Pamiętasz jeszcze tego człowieka, Hanael? Twój przyjaciel.
Oczy go zapiekły. Nie mrugał od dłuższej chwili.
― Nie. Nie mam pojęcia, kim on jest.
Jego kurtka zaszeleściła, gdy Raziel mocniej wbił w nią paznokcie.
― Naprawdę? Wielka szkoda, Hanael. To szczególny człowiek. ― Uniósł wizytówkę wyżej, zabierając ją z pola widzenia Hanaela. ― Naprawdę wyjątkowy.
Zaklęcia mieszały się na granicy jego umysłu.
― Nie mam pojęcia, co masz na myśli.
To był jego głos? Docierał do Hanaela jak przez mgłę; nie brzmiał jak on. Był zbyt spokojny.
― Nie masz. Oczywiście, że nie masz. ― Raziel zaśmiał się. ― Nie szkodzi, ostatecznie wystarczy, że jeden z nas będzie wiedział, co mam na myśli.
Twarz Keitha Nealla była w jego wspomnieniach zbyt wyraźna; wesoły uśmiech, ciepła dłoń, swoboda, z jaką mówił. Jakby mówienie było dla niego najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Jakby proponowanie pomocy każdemu, niezależnie, kim był, przychodziło mu z dziecinną łatwością. Jakby chciał zarazić Hanaela swoją radością choć na chwilę, mimo że widział, że miał do czynienia z niczym. Nie mógł tego nie widzieć. Każdy to widział.
Hanael oddychał coraz szybciej.
― Chyba że ― Raziel zawiesił głos śpiewnie, z lekkim uśmiechem ― po prostu darujemy sobie tę zabawę i odejdziemy razem, zostawiając Keitha Nealla i jego życie w spokoju. W końcu to człowiek. Ludzie nie zasługują na żadne okrucieństwo, prawda, Hanael?
Nie.
Hanael otworzył usta, ale nie było żadnych słów, które mógłby powiedzieć. Raziel wypuści go i odejdzie. Keith Neall, szczęśliwy Keith Neall, umrze dziś czy jutro. Hanael ucieknie, nie oglądając się za siebie. Zniknie z tego świata, wykorzystując szansę, którą Raziel w niego rzucił. Gdzieś ― gdziekolwiek. Jedna więcej ucieczka. Jedno więcej opóźnienie.
Hanael był taki zmęczony. Nie miał już siły uciekać.
― Och. ― Dłoń Raziela wreszcie zsunęła się z jego ramienia, ale Hanael nie poczuł się wolny. Po prostu odłożony na półkę do następnego razu. ― Oczywiście. To by było na tyle, jeśli idzie o szlachetność i odwagę.
Wizytówka wyślizgnęła się spomiędzy jego palców. Spadła na podłogę z głuchym plaskiem.
― Nie żebym spodziewał się po tobie czegokolwiek innego.
Palce Raziela przesunęły się po jego plecach i Hanael zgarbił się bardziej. Raziel powinien złapać go za kurtkę, zacisnąć na niej ręce z całej siły, szarpnąć, uderzyć, ogłuszyć ― zabrać z powrotem. Hanael zasługiwał na to, żeby być zabrany z powrotem.
Był tylko małym, głupim tchórzem, nie dość umiejętnym, by ochronić cokolwiek.
― To jak? ― Kpiący głos Raziela wydawał się dochodzić z góry, z tak wysoka, jakby rósł z każdym kolejnym słowem, pozostawiając Hanaela daleko pod sobą. ― Zaaranżujesz ze mną spotkanie z Keithem Neallem, czy mam zrobić to sam?
Hanael podniósł głowę, szukając go rozmytym spojrzeniem. Był już z przodu ― krok przed nim. Odchodził.
Raziel go nie złapie. Nie tej nocy. Dokładnie tak, jak mu obiecał.
Hanael otworzył usta.
― Zostaw go, Raziel ― wykrztusił cicho, ale Raziel umiał to wyłapać. Raziel zawsze wszystko słyszał. ― On nie ma nic wspólnego z―
Jego słowa zagłuszyło parsknięcie śmiechu. Umilkł.
― Rżnięcie głupa wychodzi ci coraz lepiej, Hanael.
Odszedł. Hanael wpatrywał się w jego plecy, nie będąc w stanie zrobić nic, ruszyć się w żaden sposób, mimo że kolejne spojrzenia skupiały się na nim.
Nagle coś śmignęło w jego stronę. Hanael uchylił się. Zaklęcie obronne otworzyło się w jego umyśle w jednej chwili; wymamrotał je, osłaniając się dłońmi.
Szczęknięcie. Lodowate krople osiadły na palcach i twarzy Hanaela.
Zadrżał.
Powoli spuścił dygoczące dłonie, patrząc w dół. Szczątki puszki leżały dookoła; strużka przezroczystego napoju płynęła między jego stopami.
Opadł na kolana. Nie. Musiał to wytrzeć, nim ktoś zauważy. Ale każdy już widział. Każdy patrzył; tym razem każdy musiał zobaczyć. Ludzie zerkali na niego, wszyscy ― sięgnął, nieporadnie zgarniając metalowe odłamki. Płyn szybko wsiąkał mu w dłonie i zaczynał się kleić.
Przygarnął do siebie szczątki, bezsensownie rozprowadzając trochę napoju. Jego spodnie nasiąkały. Musiał wyciągnąć chusteczki ― albo jakiekolwiek ubranie, wytrzeć to czymkolwiek, musiał…
Jego wzrok natrafił na wąską karteczkę leżącą w rozlewającej się plamie. Wizytówka nie przesiąkła.
Keith Neall.

Kolejny niewinny człowiek, który odezwał się do niego i zaraz miał przypłacić za to życiem.


...siedem miesięcy od ostatniego rozdziału, lmao. Miało być mniej niż cztery, ale nie wyszło. Już publikując poprzedni rozdział miałam w zasadzie skończony szkic trzeciego, ale moja pierwsza wersja ostatniej sceny ogromnie mi się nie podobała. Ani druga. Ani trzecia.
Wiedziałam, jaka to ważna scena - dla całego tekstu, dla Hanaela. Miałam problemy z uchwyceniem tych wszystkich uczuć i relacji, jakie chciałam tu mieć, nie mówiąc już o masie informacji, jakie ta ostatnia scena miała przekazać. Kiedy dobrze napisałam dialog, tło wypadało beznadziejnie, kiedy poradziłam sobie - bardzo, bardzo nieporadnie - z tłem, dialog był straszliwie zły. Napisałam w końcu coś, co miało być ostateczną wersją, ale wiedziałam, że jest fatalne i nie mogłam się zmusić do wrzucenia tego. Wolałam już odczekać kolejne parę miesięcy i wreszcie, trzy dni temu, siadłam i napisałam tę scenę sklepową - póki co - po raz ostatni. Efekt macie przed sobą; nadal wiem, że ta scena mogłaby być znacznie, znacznie lepsza, gdyby pisał ją bardziej umiejętny pisarz (mówię, miejmy nadzieję, o sobie za kilka lat), ale wierzcie mi, już jest niebo, niebo lepsza niż ta wersja, którą planowałam wstawić parę miesięcy temu. (Scena ostatecznie opublikowana to jakoś siódmy rewriting).
Zabawne jest to, jak mało problemów przynosiła mi ta scena w najpierwsiejszej wersji, gdzie zajmowała zaledwie stronę czy półtorej i nie miała w sobie nawet trzech czwartych tego, co ma teraz. Strasznie się roztyła między kolejnymi przepisywaniami i poprawkami - zwiększyła się też jej waga dla tekstu.
Trzy następne rozdziały będą z perspektywy Keitha, więc może zrobi się trochę mniej depresyjnie. W dodatku następny rozdział zamyka oficjalnie początek tekstu (a piątego nie mogę się doczekać! Uwielbiam pisanie piątego w każdej wersji). Fajnie byłoby wrzucić przynajmniej czwarty jeszcze w tym roku, ale już nie będę nic obiecywać, bo wiemy, jak to się kończy.
Dziękuję tym, którzy nadal są ze mną, mimo niedorzecznie długich odstępów w publikacji. Ciągle nad nimi pracuję. Może gdybym nie pracowała przy tym nad milionem innych wipów...
^