Rozdział 2



Zimne powietrze uderzyło go w twarz, a monotonny szum wdarł się do wnętrza. Keith otworzył drzwi szerzej, mierząc wzrokiem deszcz rozpryskujący się na dachu tuż przed nim, gwałtowny i gęsty niczym ściana; wilgotność wpełzała do środka, owiewając klatkę schodową chłodnym zapachem.
― Proszę państwa ― rzucił Keith do swojej grupy ― bliżej morza niż teraz w Paliarenie już nie będziecie. ― Wskazał dłonią deszcz spływający na boki i rozpryskujący się drobnymi falami w rynnach, a uśmiech zatańczył na jego twarzy. Stał się nawet szerszy, gdy jeden z turystów ze strefy A wywrócił oczami.
Dlaczego zawsze zachowywali się tak, jakby nie spodziewali się deszczu, wylatując do Retorianu?
― Mamy tyle szczęścia, że tam jest dach i się zmieścimy. ― Keith machnął ręką gdzieś przed siebie. Tutaj wszędzie były jakieś dachy. ― Widzicie go? Tylko niezbyt szybko, bo już parę razy ludzie się tu ślizgali. ― Zawahał się. ― Jakby co, to nigdy nikt nie spadł. Zapraszam.
Cofnął się o krok, chcąc przepuścić grupkę nieprzekonanych turystów przed siebie. Kobieta ze strefy A mruknęła coś pod nosem, wsuwając dłonie do kieszeni. Jakiś gość zdecydowanie z C uśmiechnął się nerwowo i zaczął ściągać cienką, kolorową bluzę. Paru retoriańskich studentów z tyłu wymieniło wymowne spojrzenia.
Keith westchnął, przelotnie jeszcze raz przeliczając grupę wzrokiem i wychodząc.
Deszcz uderzył go zbitą falą, opadając jak wodna płachta na ramiona, włosy i rozpiętą kurtkę. Keith przyspieszył kroku ― nawierzchnia nie była szczególnie śliska, ale jego grupy turystyczne jakimś cudem umiały wyrżnąć się wszędzie, Kyran twierdził, że jaki przewodnik, taka grupa ― i szybko wpadł pod niemal niewidoczne, szerokie zadaszenie.
Odetchnął głębiej, z rozbawionym uśmiechem przejeżdżając dłonią po mokrej kurtce. Zaraz wzdrygnął nim lodowaty dreszcz, jakby ktoś wrzucił mu za ubranie tysiąc kostek lodu; rozgrzane na dole powietrze na dachu wieżowca robiło się przeszywająco zimne. I nikomu nie chciało się wprowadzać ogrzewania pod zadaszenie. Wiedzieli, że ludzie będą przychodzić niezależnie od chłodu.
Keith zaśmiał się przez dreszcze.
― Żyję! ― Szum deszczu chyba pożarł jego krzyk. Wzruszył ramionami ― przecież na zawsze tam nie zostaną, nigdy mu się nie zdarzyło, żeby turyści zdecydowali się w ogóle nie wychodzić ― i obrócił się w stronę ławek.
Ktoś już tam siedział.
Keith drgnął, zaskoczony, i zaraz zakrył to rozbawionym śmiechem. Przeczesał jasne, wilgotne włosy palcami.
― No hej! Przestraszyłeś mnie.
Jakiś chłopak. Nie mógł mieć więcej niż osiemnaście lat, więc pewnie urwał się ze szkoły albo coś podobnego. A może w ogóle nie chodził tu do szkoły? Lniany, zgniłozielony plecak, który przyciągnął bliżej do siebie, nie wyglądał retoriańsko. Nie miał dość lśniącego materiału ani żadnego miejsca na kod czy przynajmniej kłódki; normalny plecak, mógł go otworzyć każdy. I w ogóle kto chodził do szkoły z plecakiem?
Keith uniósł brwi, chcąc powiedzieć coś jeszcze, ale przez wszechobecny szum przebiły się kroki i nagle ktoś wylądował obok niego. Chłopak ze strefy C uśmiechnął się bez przekonania i ściągnął przemoczoną bluzę z równie mokrych włosów. Natychmiast uniósł wzrok ― nabrzmiały od deszczu materiał ociekał w jego dłoniach, a kolejne krople opadały na suchy chodnik pod zadaszeniem. Turysta jednak utkwił wzrok gdzieś w górze.
Keith machinalnie zrobił to samo, spoglądając na ostatni punkt jego wycieczki, widoczny wysoko ponad szklanym zadaszeniem.
Deszczowe, szare chmury rozrywały się w jednym punkcie, ustępując wielkiemu rozdarciu na nieboskłonie ― głębia barw przepływała między odcieniami granatów i fioletów, a zasypywały je lśniące miliony gwiazd. Całkiem jakby ktoś rozciął niebo nożyczkami i włożył do kieszeni galaktykę ― wszystko wewnątrz było głębsze. Nieskończone. Niemal pochłaniające.
A przynajmniej takie uczucia ogarniały człowieka, gdy widział je z bliska pierwsze ― dajmy na to ― trzydzieści razy. Turyści Keitha unosili mokre twarze, lekko rozchylając usta i oddychając głębiej, a ich oczy wydawały się większe, jakby próbowali ogarnąć spojrzeniem całe niebiańskie rozdarcie. A w ich emocjach, w ich spięciu, w zdumieniu i głębokim oddechu Keith niemal umiał dostrzec odbicie swojej pierwotnej reakcji. Obezwładnienia nieskończonością, jakie dopadało go w tym miejscu.
Poczucia maleńkości.
Włożył dłoń do kieszeni, omiatając spojrzeniem lśniącą panoramę, widoczną z najwyższego piętra, i zapiął wreszcie kurtkę. Nie, żeby zrobiło mu się od tego cieplej; koszulka pod spodem była już całkiem mokra.
Lśniące różnokolorowo światła miasta prześlizgiwały się blaskiem na tunelach spacerowych, wybijających się w niebo czystym, przejrzystym szkłem i zakręcających i owijających się wzajemnie niczym zjeżdżalnie w aquaparku. Ale nie wyglądały bardzo imponująco ani pociągająco ― nie teraz, zakryte kurtynami kropli.
Na nieosłoniętej części dachu Keith dostrzegł ostatnią dziewczynę ze swojej grupy. Stała, zadzierając głowę i obejmując ramiona. Jej kolorowo haftowany i zbyt długi sweter, nasuwający na myśl strefę C, zdążył całkiem przemoknąć, lepiąc się do bioder i ud.
― Hej! ― zawołał Keith, ale nie przebił szumu deszczu, a już na pewno nie przykuł jej uwagi.
Wzruszył ramionami, czekając na nią i przechodząc na swoje ulubione miejsce. Kątem oka zauważył, że chłopak, na którego wpadł wcześniej, przesiadł się teraz na sam koniec, a plecak leżał chyba jeszcze bliżej niego. Keith nawet nie zauważył, kiedy tamten się odsunął.
― Siadajcie, ławki są suchutkie ― zachęcił, widząc, jak kobieta ze strefy A mierzył ławki niechętnym spojrzeniem.
W końcu jednak usiadła, a za nią trójka jej przyjaciół. Jeden z nich narzekał pod nosem na deszcz; Keith mógł usłyszeć pojedyncze słowa szargania i z trudem powstrzymał wywrócenie oczami, cofając się jeszcze krok i uśmiechając.
Zerknął na stojącą w deszczu dziewczynę i zwinął dłonie w rurkę.
― Hej, proszę pani! ― krzyknął głośniej.
W końcu przeniosła na niego wzrok, jak wyrwana z letargu, i Keith szybko jej pomachał. Doszła do reszty ― czarne włosy zmieniły się już w mokre, pojedyncze strąki. Jej sweter wydawał się niemal ciężki od wody i mocniej zwieszał się na ramionach, a gipsowo blada twarz i kości policzkowe lśniły od deszczu. Uniosła ramię i bezsensownie przetarła mokrym materiałem swetra mokre policzki, rozmazując krople w poprzek. Jej wzrok wydawał się odległy, jakby zgubiła go w retoriańskim nieboskłonie.
― …niesamowite… ― Dobiegł uszu Keitha jakiś szept z boku.
Całkiem młoda dziewczyna ze strefy C ― cały krój jej ubioru aż wołał najnowszą modą tego świata, w dodatku obracająca się wokół jej dłoni drewniana bransoletka ewidentnie była jakimś magicznym amuletem ― mamrotała do swojego chłopaka, mocno splatając dłonie na jego ramionach. On odpowiedział tylko lekkim skinięciem. Jego oczy miały nienaturalną barwę fioletu i Keith przelotnie zastanowił się, czy tkwiła w nim jakaś szczególna magia.
― Jak na pewno wiecie ― zaczął Keith w końcu, zerkając w górę ― mamy przed sobą tak zwaną retoriańską bliznę, rozdarcie powstałe po ostatecznym wymazaniu magii z tego świata. Retorian szczyci się ― Keith używał tego określenia z rozbawieniem, przypominając sobie, jak wszyscy tutaj puszyli się, mówiąc o tym ― byciem pierwszym światem, który miał magię i pozbył się jej w całości. Tu ― znaczy tu w dole ― Arline Hodges oddała życie prawie sześćset lat temu, żeby Retorian mógł nareszcie pozbyć się magii ― i ruszyć z tak zwanym prawdziwym rozwojem. Kiedyś nawet mieliśmy z tego projekcję hologramową, ale rozmontowali ją, bo została uznana za zbyt brutalną.
Nadal dokładnie pamiętał obraz czarnowłosej Arline Hodges otoczonej przez jej ludzi ― idącej w stronę światła, gdy reszta rozpadała się, rozmiatana podmuchami. Ich skóry rozrywały się jak rozdzierane chusteczki, a pojedyncze narządy opadały na ziemię z rozbrzmiewającymi dookoła krzykami. Nic szczególnego dla ludzi, którzy widzieli przynajmniej jeden horror w Retorianie, jednak nieprzyzwyczajeni do projekcji hologramowych turyści z niższych stref mdleli.
Nikogo, rzecz jasna, nie obchodziło to, że ktoś z niższej strefy tutaj mdlał ― w końcu mógł nie przyjeżdżać ― ale Keith miał dużą siłę perswazji. Czasem.
― Masa materiałów zachowała się z tego dnia, stare jak świat filmy, zapisy i wspomnienia rozmaitych ludzi ― to było wielkie wydarzenie i masy przyszły popatrzeć. Zwykle do ścigania magii wystarczyły dwie osoby, ale do tego Arline zebrała ponad trzydziestu ludzi! ― Keith zatoczył dłońmi krąg. ― Samych najlepszych ścigających magię w tym świecie, Tabithę Coy, Macka Otta, Griffina… Mówili o tym w gazetach na miesiące przed, opisywali plany w wywiadach, rozdmuchiwali to bardziej i bardziej, wielki plan wymazania magii raz na zawsze, gdy w końcu uznali, że wydziubywanie jej kawałek po kawałeczku nie będzie już działać. I że nigdy nie będzie mniejsza niż teraz. I, no jasne, nikt inny niż sama Arline Hodges nie mógłby pociągnąć takiej akcji!
Czarnowłosa turystka przysunęła się parę kroków bliżej. Keith mógł wyobrazić sobie gęsią skórkę na jej ramionach, a na bladej twarzy dostrzegł rozkwitające na czerwono plamy. Cicho łapała oddech przez usta.
Zmarszczył brwi. Nic się jej nie działo?
― Nie chciałabyś usiąść?
Potrząsnęła głową jak wyrwana z letargu i uśmiechnęła się słabo.
― Nie, nie, nie ma takiej potrzeby ― odpowiedziała z płynnym akcentem z tabletki językowej. Chwilę zajmowało nauczenie się go wyczuwać, ale Keith już dostrzegał subtelną nutę niepewności w głosie i odrobinę koślawe wypowiadanie słów. Jakby mówiący sam był zaskoczony, że w ogóle umiał to zrobić.
― Okej! ― Złączył lekko dłonie. ― Co ja… a, Arline Hodges. Najlepsza chwytająca magię Retorianu! Przybyła tu jako młoda imigrantka z Partade. Ludzie tutaj lubią mówić, że laska zawsze utożsamiała się z Retorianem, ale generalnie żadne wykazy z rozmów z nią nie określają jakoś jej stosunku w temacie. Była skupiona na magii, nie na świecie. Dla wielu ścigających magia była zarobkiem, dla niej ― stylem życia. Wytatuowana od stóp do głów, ponoć robiła za przynętę jedynie dwa razy w całym życiu, nikt nie złapał i nie zgasił tyle magii, ile ona. W wieku dwudziestu paru lat była już bohaterką narodową. Ba, narodową ― światową!
Keith zaśmiał się cicho, bo za każdym razem takie słowa brzmiały śmiesznie: dziewczyna była bohaterką, bo wymazała magię, która dosłownie w niczym nie przeszkadzała temu światu. Jeśliby spytać kogoś, kto widział w magii profit w tamtych czasach, a o kim nie mówiło się za dużo ― Jacobsa na przykład ― miałby zupełnie inne zdanie na ten temat.
Ale teraz to Arline miała tu holograficzne pomniki. Nie Jacobs.
― Nikt inny niż ona nie mógłby zakończyć takiego burdelu, nie? ― Keith uśmiechnął się, rozkładając ręce. Kątem oka dostrzegł, że dziewczyna z coraz bardziej czerwieniejącą twarzą z wahaniem uniosła szczupłą dłoń i zaraz zaczęła ją opuszczać. ― Tak? ― zachęcił z uśmiechem.
Drgnęła, zaskoczona, i powoli wsunęła rękę pod ramię, obejmując się lekko. Zaraz potem otworzyła małe usta, nadal noszące ślady czerwonej szminki, i spytała cicho:
― Arline była szalona, prawda?
Czwórka ze strefy A zaczęła mamrotać cicho między sobą. Dziewczyna z C, już nie ściskająca swojego chłopaka, uniosła brwi z zaciekawieniem. Paru studentów w tle zaśmiało się, jakby właśnie usłyszeli coś całkiem nieprawdopodobnego.
Nawet chłopak z tyłu podniósł wzrok i zaraz spuścił go, wracając do dłubania przy swoim plecaku.
Keith roześmiał się.
― Tak!
Jeden ze studentów parsknął, patrząc na Keitha dziwnie.
― A przynajmniej to jedna z popularniejszych teorii ― dodał zaraz, dla uczciwości. ― Tutaj ― zrobił gest, jakby opierał się dłońmi o podłokietniki fotela ― w Retorianie, mało kto powie ci, że tak. Ale im więcej źródeł, wspomnień czy wywiadów przeglądasz, tym bardziej wygląda na to, że relacja Arline z magią była trochę bardziej skomplikowana niż… zwyczajna nienawiść. ― Keith lekko wzruszył ramionami. ― To ciekawe, bo nigdy nie miała prawdziwego powodu, żeby nienawidzić magii. Nie jak Sauvage ― twierdził, że magia przeszkadza mu w interesach, czy Nilesowie z tą teorią, że magia pochłonie nasz świat i ściągnie nas na poziom C czy coś. Arline po prostu pojawiła się, zaczęła ścigać magię lepiej niż ktokolwiek kiedykolwiek i z większą obsesją niż ktokolwiek kiedykolwiek.
Zawahał się.
― No i ciekawe jest to, co działo się z partnerami Arline. Już parę lat przed usunięciem. Wszyscy wiedzą, że Arline ciągle zmieniała partnerów w ściganiu; nudzili jej się, szukała lepszych, silniejszych, takich, którzy będą w stanie jej dorównać. Ale na dwa lata przed wymazaniem jej kolejni partnerzy zaczynali znikać. Ludzie ją podejrzewali, Jacobs, Yates, Alvey, wszyscy zaczynali się niepokoić, ale nic nie dało się jej zarzucić. Jej partnerzy po prostu umierali w imię pozbycia się magii. Nie pierwsi. ― Keith wzruszył ramionami. ― To staje się nawet ciekawsze, gdy przegląda się pełne wersje Dzienników ― spojrzał wymownie na oburzonych studentów ― te w archiwum, a nie bestsellerowy wyciąg. Nie tylko one, zresztą. Ostatnie wywiady z Arline i jej przemowy, wszystkie poruszają temat oddania się magii. Ofiarowania się jej, żeby zjednoczyć się z nią i stać się czymś… ― Keith zamilkł na chwilę, unosząc dłonie. ― Arline określała to jako powrót do prawdziwej istoty istnienia. Trochę to przypominało teorie bytu Chapmana, ale zakładało, że Arline nie jest istotą sama w sobie. Że żaden człowiek, generalnie ― Keith machnął dłońmi ― nie jest istotą sam w sobie. Każdy potrzebuje złączenia z magią, żeby zacząć istnieć serio. Dlatego właśnie ― przebiegł wzrokiem po zebranych ― mówi się, że Arline poświęciła się dla Retorianu, oddając siebie i swoich ludzi magii tamtego dnia…
Zatoczył ręką krąg, wskazując wielką wyrwę, zamkniętą galaktykę Retorianu, i uśmiechnął się z cieniem ironii.
― …ale kto wie. Może w rzeczywistości poświęciła siebie dla magii.
Turystka znowu zadzierała głowę, a jej błękitne oczy lśniły jasno. Czarne włosy puszyły się dookoła szczupłej twarzy.
Nagle ciszę przerwał śmiech kobiety ze strefy A.
― Czy to aby nie jak większość strefy D w tym momencie? Przypomina mi to ich podejście. ― Oparła się lekko o swoją przyjaciółkę. ― W Arhn i temu podobnych!
Keith uśmiechnął się do niej, energicznie kiwając głową.
― Tak, całkiem jak w D. I w sumie w każdej innej. Na przykład ta grupa z A dwadzieścia lat temu, Synowie Ayossy czy jakoś tak, sekta z krwawymi ofiarami. Poszło z pięć lat, zanim Hapythe się nimi łaskawie zainteresowało i ogarnęło tę sytuację. Ich guru gadał coś o tym, że technologia jest pustką bez magii. Arline widziała to bardzo podobnie; pisała po nocach o tym, jak czuje się bardziej i bardziej pusta. Chociaż nigdy nie użyła słowa magia wprost, fascynacja tym, jak to jest w niej przepaść, była gdzieś w niej. Pisała szerzej i szerzej o swoich doznaniach, gdy brała magię na siebie, o krótkich chwilach, gdy były jednością. I same opisy powstania blizny są tak… różne; Sauvage pisał, że Arline próbowała bronić swoich do ostatniej chwili, ale już Alvey czy nawet Niles widzieli podobno, jak wyciągała dłonie w kierunku magii, wnikając w nią, gdy wszyscy inni już upadli. Szkoda, że jedyne nagranie nic nie rozjaśnia, nieważne, jak dużo edycji i pieniędzy w to pójdzie. A może nawet nikt nie chce wkładać ich tak dużo. ― Keith wzruszył ramionami. Uśmiech pozostał na jego ustach.
Ciemnowłosa turystka znowu utkwiła w nim wzrok. Galaktyka wydawała się już zapisać w jej nerwowo lśniących oczach, a zmęczenie niemal zginało jej kolana. Powinna usiąść. Ale chyba nie zamierzała.
― A ty… czy ty wierzysz, że magia mogłaby kogoś zahipnotyzować? Że rozkochała ją w sobie jak syrena? ― Jej głos wydawał się cichy, deszcz wyciszał go jeszcze bardziej. ― Syrena to… ― Zaczęła nagle, jakby orientując się, że Keith może tego nie wiedzieć.
― Istota, która czaruje marynarzy swoim głosem ― przerwał jej, kiwając głową z uśmiechem. ― Wiem!
Zawahał się. Nikt nigdy nie pytał go o opinie ― wszyscy wydawali się sceptyczni nawet wobec jego słów popartych źródłami.
― Nie jestem… specjalistą w magii. Może Arline po prostu była szalona, może magia uczyniła ją szaloną, może teoria Anny Ray o napromieniowaniu magicznym jest prawdziwa? Kto wie. ― Zawahał się, spoglądając w górę. ― Na pewno wiemy, że magia może hipnotyzować ludzi przy pomocy człowieka, jak w Vinteropii. Używają tej samej techniki, której Retorian do łapania magii, tyle że dostosowują ją do siebie. I używają magii, jak chcą.
Kobieta ze strefy A ― ciągle ta sama ― wtrąciła się:
― A także żyją w dziczy, pozwalając magii na opanowanie swojego świata. ― Była tym typem człowieka, który artykułował każde słowo dobitnie, żeby jego głębia koniecznie dotarła do reszty. Nawet kiedy żadnej głębi nie było.
― I są jedynym namagicznionym światem, który osiągnął pełen balans między technologią a magią! ― Keith uśmiechnął się wesoło. ― O napromieniowaniu magicznym jest swoją drogą świetna książka, Efekty Zapomnianej Magii Hayleya. ― Chciał dodać też, gdzie można ją kupić, ale zrezygnował i zamiast tego rzucił: ― Okej, parę minut na zdjęcia, a potem zapraszam do naszego sklepu z pamiątkami i do kawiarni, oba na dziesiątym piętrze. Mamy świetne pocztówki!
To zawsze brzmiało tak samo źle, szczególnie że większość pamiątek była wyjątkowo kiczowata, ale w tym miesiącu przynajmniej naprawdę mieli ładne pocztówki z blizną. Malowała je chyba imigrantka ze strefy C, ręcznie ― Keith nie umiał sobie wyobrazić malowania tak ślicznie pędzlem na papierze. W dodatku przybyła tu z tak daleka i zarabiała na czymś, co kochała. A co Retorian traktował naprawdę po macoszemu. To było godne uznania.
Ktoś z boku pisnął. Keith obejrzał się, ale to tylko gwałtowny podmuch wiatru przywiał krople deszczu pod zadaszenie i ta dziewczyna z C odskoczyła, zaskoczona. Uśmiechnął się krzywo i ruszył wzdłuż ławek. Turyści ze strefy A robili sobie trójwymiarówki, studenci już zniknęli, a ten chłopak, który był tu od początku, nadal kulił się w ostatniej ławce. Chyba nie planował odejść.
Nagle w smugach deszczu dostrzegł swoją czarnowłosą turystkę ― znowu całkiem mokrą i przyglądającą się bliźnie niemal z krawędzi dachu. Jej ciało opadało na barierkę; silniejsze pchnięcie wiatru i wydawało się, że mogłaby zsunąć się w dół jak kukiełka.
Keith westchnął i podszedł do niej szybkim krokiem. Krople momentalnie osiadły na jego skórze, fale spływającej wody zachlupotały pod stopami. Prawie jak brodzenie na plaży, tyle że nie.
― Hej ― rzucił, łagodnie ujmując ramię dziewczyny.
Drgnęła, obracając ku niemu twarz. Jej włosy jak czarny materiał lepiły się do ramion i niezręcznie zwijały pod szyją, a szminka zmyła się już całkiem.
― Uważaj. Jeszcze nikt stąd nie spadł i serio nie chcemy podbijać tej statystyki ― zażartował, łagodnie ciągnąc ją w tył.
Zabrał rękę, przypominając sobie, jak różnie reagowali na dotyk turyści; ale ta nie wydawała się przejęta. W zasadzie cały czas wydawała się zbyt zamyślona, żeby w pełni rejestrować otoczenie, jakby jej umysł już był w wielkiej, fioletowej galaktyce i tylko ciało pozostało tutaj, pozwalając targać się na prawo i lewo.
Keith odgarnął mokre włosy, zaczesując je na głowę. Naciągnął poły kurtki skostniałą dłonią i uśmiechnął się szerzej.
Lodowaty deszcz przylepił mu koszulkę do ciała.
― Lepiej to widać, gdy nie pada. Zły dzień.
― Och, nie, nie ma się czym przejmować, ja… i tak już tu byłam. Wróćmy… ― Zmierzyła go spokojnym wzrokiem i zaraz zabłąkała się nim znowu w stronę blizny. ― Wróćmy pod dach.
― Świetny pomysł! ― Keith rozpromienił się. ― Byłaś? Nie pamiętam cię. Z androidami czy coś?
Potrząsnęła głową.
― Przerażają mnie te roboty ― przyznała cicho. ― Byłam tylko popatrzeć. Zastanawiałam się… Zastanawiałam się, czy tej magii na pewno nie ma.
Keith uniósł brew z uśmiechem, pozwalając jej kontynuować.
― Może jest tutaj, zbyt słaba, niewyczuwalna dla ludzi, ale nadal istnieje i nadal świat jest nią w jakiś sposób… nasączony?
Zawahał się, utrzymując uśmiech. Przetarł dłonią włosy, gdy tylko znaleźli się w suchej strefie, starając się wycisnąć z nich największe krople. Choć były na to zdecydowanie zbyt krótkie.
― No nie wiem. Mieli mnóstwo testów na temat obecności magii w Retorianie i żaden nic nie wykazał. Zresztą robili je celowo, żeby udowodnić Hapythe, że nic tu już nie ma, bo liczyli, że wtedy przyjmą nas do strefy A. Jakby to wystarczyło, nie? ― Zaśmiał się.
Hapythe i Retorian dzieliły przepaści technologiczne, ale Retorian bardzo próbował udowodnić swoją wartość. Trochę jak młodszy brat, który ciągle podlizywał się i naśladował starszego. Zwykle spotykając się z pobłażliwymi spojrzeniami i nieuważnymi klepnięciami po głowie. I, w najgorszym razie, irytacją.
Dziewczyna skinęła. Plamy na jej twarzy znowu zrobiły się wyraźniejsze. Jakby deszcz, spływający po jej czole i policzkach, barwiono czerwienią.
Wydawała się wyczerpana.
― Dasz radę zejść? ― zapytał Keith machinalnie.
― Oczywiście, oczywiście ― zapewniła go, wymuszając na twarzy uśmiech. Poprawiła całkiem mokry sweter i odwróciła się, zerkając na ostatnich turystów, którzy już wychodzili.
― Okej.
Patrzył na nią, dopóki nie poruszyła się niespokojnie i nie mruknęła:
― Do widzenia.
― Cześć. ― Keith uśmiechnął się i śledził ją wzrokiem jeszcze moment. Nie próbowała przebiegać do zadaszenia; chyba i tak nie miało to już dla niej znaczenia.
Keith wyciągnął telefon. Prawie siódma i nowa wiadomość od Kyrana. Coś o jego dziecku; Kyran ostatnio ciągle pisał coś o tym dziecku. Keith nigdy nie podejrzewałby, że perspektywa ojcostwa będzie ekscytować go aż tak bardzo. Ach, i przypomnienie, że mieli się zobaczyć razem z Anną następnego dnia. Oczywiście, jakby Keith nigdy nie pamiętał o takich rzeczach.
Przesunął ekran.
Przed deszcz przebił się huk.
― Co, kurw… ― Keith poderwał głowę.
Rozmyty cień dziewczyny leżał w smugach deszczu, ale ktoś już był przy niej. Jedyna osoba, która tu została. Ten chłopak od plecaka.
Keith zaklął, ruszając do nich i znowu ślizgając się na tym cholernym betonie, który wcale nie powinien być śliski. Woda chlupotała w uszach i butach; zahamował, niemal upadając na dziewczynę i chłopaka, i złapał równowagę w ostatniej chwili. Na parę sekund uchwycił jego spojrzenie ― duże, przerażone oczy.
Zaraz potem ten znowu spuścił wzrok. Ściskał dłoń dziewczyny mocno, bardzo mocno. Keith pochylił się i usłyszał ciche mamrotanie. Deszcz zaszumiał mocniej, zagłuszając je.
― Od ― zaczął Keith. Twarz dziewczyny przeszył grymas bólu. Opadł na kolana, czując, jak nogawki przesiąkają mu nową falą wody. ― Wszystko dobrze? Hej? ― Chwycił jej ramię.
Otworzyła oczy, spoglądając na niego i na drugiego chłopaka, który już gwałtownie odsuwał się w tył ― nadal jednak klęczał, składając wychudłe dłonie na kolanach, i patrzył na nią i na Keitha z półotwartymi ustami. Oddychał ciężko.
― Dasz radę wstać? ― zapytał Keith.
Podparła się ręką na jego ramieniu.
― Oczywiście. ― Jej zaspany wzrok skupił się na galaktyce i zaraz spuścił na Keitha. I przeniósł na drugiego chłopaka. ― Dziękuję… za reakcję ― wymamrotała, a ciężar jej ciała oparł się na ciele Keitha, gdy usiłowała wstać. Pochyliła głowę ― jasne krople osiadały na ramionach i drobnych dłoniach i spływały po brodzie ― i odetchnęła głęboko, tak głęboko, że całe jej ciało wzdrygnęło się tym westchnieniem. ― Już jest lepiej ― szepnęła.
― Odprowadzę cię na dół.
― Nie, nie… dam radę.
Keith nie chciał naciskać, ale patrzył na nią bez przekonania.
― Tak jak chwilę temu? ― zażartował.
Spojrzała na niego. Nie było jej chyba do śmiechu; tylko potrząsnęła głową, bardziej się prostując i ponownie oddychając głęboko.
― Dobra. ― Keith odsunął się o krok. Deszcz otaczał ich tak, że równie dobrze mogliby pływać. Wszyscy troje. ― Ale jak coś, to może idź spać czy coś? Najlepsze tabletki na ból to te od Xaviany, nie ma sensu brać żadnych innych. Są w każdej aptece bez recepty. I najbliższa jest parę kroków stąd, schodzisz i skręcasz w lewo z głównego wyjścia i potem jeszcze raz w lewo. Obok Sterna i Stidolpha. Serio nie chcesz się przynajmniej napić, mam… Znaczy wiem, że wody mamy tu dość, ale…
Potrząsnęła głową, wyciągając ręce przed siebie.
― Nie, dziękuję. ― Jej głos niemal zaniknął w szumie deszczu. Odwróciła się do chłopaka, który dopiero co wstał z podłogi, i skinęła mu głową, lekko obejmując ramiona. ― Tobie też. Do widzenia.
Keith westchnął pod nosem, odprowadzając ją wzrokiem do samych drzwi.
― No, jak coś stanie się na korytarzu, to od razu ktoś złapie ją kamerą ― rzucił bez przekonania. Spojrzał na chłopaka ― patrzył nieruchomo za dziewczyną, nasiąkając wodą i garbiąc się coraz bardziej. Jego plecak leżał parę kroków dalej, najwyraźniej wypuszczony, gdy podbiegał. ― Hej, upuściłeś swój… ― Keith sięgnął po niego i chłopak zareagował pierwszy, błyskawicznie znajdując się obok plecaka.
Przycisnął go do siebie, podnosząc się znowu, i spojrzał na Keitha. Duże, przerażone oczy. Znowu. Jakby Keith coś mu zrobił. Wymamrotał coś, ale jego głos był niesłyszalny przez gęsty deszcz. Keith uśmiechnął się bez przekonania, bardziej pochylając się w jego kierunku.
― Słucham?
Chłopak cofnął się o krok.
― Dziękuję ― powtórzył głośniej. Łypnął na bok, w stronę daszku, i zawahał się, więc Keith szybko poszedł w tamtym kierunku, zapraszając go dłonią.
Od stanięcia pod dachem jego kurtka nie przeschła nawet odrobinę i tylko dobitniej czuł, jak ciężko wisiały na nim ubrania. Z rozbawionym westchnięciem odgarnął włosy z czoła.
Ściągnął kurtkę i rzucił ją na ławkę.
― Po prostu runęła? ― zagadnął.
Zaskoczony chłopak spojrzał na niego i szybko spuścił wzrok. Z bliska wyglądał nawet młodziej i chyba gorzej; jego policzki zapadały się, cienka warstwa włosów lepiła do skóry, a oczy wydawały się napuchnięte z wyczerpania.
Czarna koszulka i biała kurtka ― kołnierz do dołu, zawsze bez kaptura na głowie, dokładnie według mody ― lepiły się do niego, całkowicie retoriańskie, z lekko błyszczącego materiału. Za to jego buty, zauważył Keith, gdy ten cofnął się kolejny krok ― jego buty były całkiem przemoknięte, wytarte i spiczasto zakończone na czubkach. Zupełnie nie przypominały niczego, w czym chodzili ludzie tutaj.
Więc jaki świat? Keith lekko zmarszczył brwi.
― W sensie… ― Wskazał drzwi wejściowe do budynku.
Chłopak zerknął za jego dłonią i prędko spuścił wzrok.
― Tak, upadła.
― Szybko byłeś obok ― rzucił Keith. ― Dobry refleks. Myślisz, że doszła już do końca?
Jego buty nie miały rzepów ani sznurówek, zaciskały się wokół stóp tak, jakby tworzył je jakiś rozciągliwy materiał. Jak w tych projektach butów rozdawanych w strefie D. Strefa D? Tak nisko? Kto ze strefy D tu docierał i miał czas siedzieć i patrzeć w niebo?
Chłopak milczał przez chwilę, wpatrując się w nadbudówkę, w której zniknęła dziewczyna. W końcu powiedział:
― …myślę, że teraz już tak.
Cicho. Prawie dawał się zagłuszyć deszczowi, Keith musiał pochylać się ku niemu, by słyszeć cokolwiek. Roześmiał się, a ten spojrzał na niego, tym razem ewidentnie zmieszany, i szybko uciekł wzrokiem w bok.
― Teraz już tak! ― powtórzył głośno Keith. ― Jestem Keith.
Wyciągnął dłoń z lekkim uśmiechem i zaraz poczuł się dziwnie, gdy chłopak zmierzył ją wolnym spojrzeniem i uniósł własną bez przekonania.
― Sorry, to nie jest zwyczaj w twoim świecie? ― Już miał opuścić dłoń.
Chłopak sięgnął ręką prędzej, ale w ostatniej chwili jakby musnął niewidzialny mur i cofnął się. Keith szybko złapał jego dłoń ― naprawdę kościste palce, jakby witał się z kościotrupem, pozostały niemalże nieruchome w uścisku ― i zakończył ten żenujący rytuał.
― Mam na imię Hanael ― wymamrotał chłopak. ― Miło mi cię poznać.
Jego twarz pozostawała niemalże pozbawiona emocji, gdy to mówił, ale przez jego głos przebiegła cieplejsza nuta. Przynajmniej tak Keith założył.
― To śmieszne, widzieć kogoś, kto po prostu sobie tak tu siedzi ― rzucił Keith. ― Ludzie zwykle tu nie chodzą. Nie w tę pogodę.
Wymownie spojrzał w górę. Deszcz bębnił o dach z jeszcze większą intensywnością.
― Słyszałem dużo wykładów na temat blizny ― odpowiedział cicho Hanael. ― Ale ty jesteś pierwszym… żywym człowiekiem, który je przeprowadzał. ― Mówił tak, jakby wypowiadanie słów sprawiało mu trudność, ale nie językową. Nie tabletkową; w zasadzie jego akcent był płynny, idealny, tak, jakby mieszkał w Retorianie od wielu lat. Tylko słowa brzmiały niepewnie.
― A. No tak. Pewnie już niedługo, tylko czekają, żeby mnie wykosić. ― Keith wzruszył ramionami. ― Jeszcze parę androidów na takich pozycjach i serio zbliżymy się do antyutopii. Wciskają je też do szkół, żadnej wiedzy poza przepisową.
Hanael czekał, jakby licząc, że coś doda.
― Bardzo mi przykro ― powiedział po chwili.
Keith zamrugał. Chwilę zajęło mu skojarzenie, o co chodziło.
― A… a, no co ty! ― Zaśmiał się i machnął ręką, obracając się i opadając na ławkę. Zadrżał z zimna, ale w zasadzie był do tego przyzwyczajony. ― I tak pewnie bym to w końcu rzucił, to już z rok. Ile można, nie? ― Hanael stał, patrząc na niego, i Keith poklepał miejsce obok siebie. ― Siadasz?
Hanael posłusznie podszedł i przycupnął parę kroków od niego; jego chude ciało natychmiast zgięło się w dziwnej nerwowości. Keith zmierzył go wzrokiem, zastanawiając się, dlaczego siadł tak daleko ― teraz musieli prawie krzyczeć, żeby ze sobą rozmawiać. Chciał się przysunąć, ale zrezygnował.
― Byłeś pierwszym, który mówił o szaleństwie Arline ― powiedział w końcu Hanael. Spokojny ton i głos zanikający w szumie.
― No jasne, że byłem. To nie jest coś, co powie ci android, android ma zaprogramowaną wiedzę. Nikt tutaj nie chce mówić o Arline i jej obsesjach, nie, kiedy jej gigantyczny pomnik stoi dwie ulice dalej. ― Keith z rozbawionym uśmiechem machnął dłonią w tamtym kierunku. ― Ale to najciekawsza rzecz w niej, jeśli mnie pytasz. Widziałem nagranie z tamtego dnia i wyglądała całkiem, jakby składała się w ofierze. I w ogóle to nie było wtedy zabudowane. ― Keith stuknął stopą o betonowe pokrycie dachu. ― Tylko taki wielki, pusty skwer i nawet drzewa.
Powiedział to lekko żartobliwym tonem, nawet jeśli taka ilość prawdziwych drzew w mieście naprawdę była zaskakująca, gdy oglądało się ten film pierwszy raz. Za piątym już trochę mniej.
― I nie padało! Znaczy wtedy ogólnie padało mniej, dopiero podczas tych treningów kontrolowania pogody coś się jebnęło. Podobno pracują nad naprawieniem tego, ale już tak z dziesięć lat. Ej, jesteś może z Iaquny?
Hanael zerknął na niego, chyba zaskoczony nagłą zmianą tematu, ale jego twarz szybko straciła wyraz. Tylko ciało spinało się mocniej. Keith przejechał dłonią po włosach, wskazując na jego buty.
― No wiesz, zboczenie zawodowe. Ciągle mam tu kogoś z innych światów, zwykle zgaduję, skąd są. Ale twój plecak wygląda jak B, a twoje buty jak jakieś C czy D i sam nie wiem…
Hanael spuścił wzrok na swoje stopy. Między nimi na długą chwilę zapadła cisza.
― Pochodzę z Arhn ― wyjaśnił w końcu.
― Arhn? ― powtórzył Keith, zaskoczony. Jego palce zatrzymały się we włosach, nim spuścił dłoń w prędkim geście. ― Żartujesz? To tak… nisko! Musiałeś przeskoczyć z pięć światów, żeby w ogóle tu dotrzeć? Albo tylko Hapythe? Ale Hapythe kosztuje jakieś miliony? Więc nie sądzę. Nie żeby… ― Uczynił szybki ruch, machając rękami w kierunku Hanaela, który płynnie odsunął się o krok. Tak, zdecydowanie szybki refleks. I chyba ogromna przestrzeń osobista. Może w Arhn tak mieli? W niektórych światach przecież tak było.
Hanael złapał szybszy oddech, patrząc na niego i poprawiając ramię plecaka.
― Nie transportowałem się przez Hapythe.
― Czyli jakieś… siedem światów? ― strzelił Keith. Musiał przejść z Arhn do głównego świata D, stamtąd ze trzy światy w C, zanim dotarł do głównego w C, przez Vinteropię i strefę B i aż do Retorianu. To wyglądało jak półroczna podróż. I musiało pożreć masę forsy. ― Macie z Arhn połączenie ze strefą C?
Hanael pokręcił głową.
― Arhn jest połączone tylko z Tunilem ― odpowiedział cicho.
― No to musiałeś sobie poskakać. ― Keith lekko wzruszył ramionami. ― Ale pewnie widziałeś sporo, musiało być super. ― Uśmiechnął się zaraz. ― Te wszystkie… porty międzywymiarowe i przyjemniejsze miejsca.
Hanael spojrzał na niego, a na jego twarzy pojawił się słaby, wyczerpany uśmiech. Taki, jakby był aktorem w jednoosobowym teatrze z Keithem jako jedynym widzem i Hanael próbował dać z siebie wszystko dla tej jednej osoby, ale było widać, że nie miał ani czasu, ani siły, ani możliwości.
― To było interesujące doświadczenie ― przyznał. ― Ale chyba chciałem mieć to już za sobą. ― Jego uśmiech starł się, jakby usiłował przekonać bardziej siebie niż Keitha. I poległ.
Za sobą to chyba chciał mieć cały Retorian.
Dlaczego w ogóle uciekł z Arhn? To znaczy, Keith mógłby prawdopodobnie wymienić tyle powodów, że znalazłby się z jeden do każdej litery alfabetu, ale jeśli Hanael był dość bogaty, żeby stamtąd uciec, to musiało mu się bardzo dobrze żyć. Chociaż faktycznie nie wyglądał na kogoś, komu kiedykolwiek żyło się dobrze; może handlował czymś zakazanym, jego ludzie zostali złapani i teraz musiał uciec?
Keith zmierzył go jeszcze jednym spojrzeniem. Nie, nie sądził.
― Czaję. To musiało być wyczerpujące. Ale przynajmniej tutaj da się żyć? ― zasugerował i zaraz poczuł się dziwnie, przypominając sobie imigrantów, pomieszkujących niegdyś jego wynajmowanym pokoju. Żaden nie wyglądał na takiego, który miał szansę dobrze żyć.
A Hanael w jakiś sposób wyglądał gorzej od nich wszystkich.
― Naturalnie. To bogaty świat ― odpowiedział niemal bez wyrazu.
― No, całkiem nowe wrażenia. W końcu w Arhn są głównie… ― Keith zawahał się. Co było w Arhn? Parę dostrzeżonych gdzieś hologramów ze strefy D zlewało mu się w jedno we wspomnieniach. ― Dżungle i… dzika magia?
― Magia w Arhn jest głównie teoretyczna. W rzeczywistości nie ma jej dużo i nikt nie umie jej opanować ― odpowiedział Hanael. Keith pomyślał, że chyba zaczął mówić głośniej, ale dotarło do niego, że to zwyczajnie deszcz zelżał. ― Całkiem jakby jej nie było.
Może głos czy ton nie sugerował używania tabletki, ale jego słowa wydawały się chwilami podręcznikowe, zupełnie ułożone. Jakby myślał pełnymi zdaniami i układał je, zanim powiedział coś na głos.
― No, Retorian to zupełnie inna historia. ― Keith wzruszył ramionami. ― To było jakieś wielkie marzenie, dobić tutaj? Moja siostra miała tak z Vinteropią, ciągle gadała, jak to kiedyś tam pojedzie, i siedzi tam już od paru lat.
Hanael wpatrywał się w podłogę.
― Wydaje mi się, że można tak powiedzieć ― wyszeptał w końcu.
To nie była odpowiedź. Nie, żeby Keith jakieś prawa do uzyskania odpowiedzi; wzruszył więc ramionami, ponownie na niego zerkając. Chyba w całej rozmowie Hanael jeszcze ani razu nie spotkał się z jego oczami. Znowu jakaś arhnańska tradycja? Może Keith też nie powinien patrzeć mu w oczy? Albo na twarz w ogóle?
Ale to było bez sensu. I zaraz i tak każdy będzie to robił.
― Podrzucić cię do jakiegoś rodka pomocy imigrantom?
Cień zaskoczenia przebiegł przez twarz Hanaela. Spojrzał na Keitha, lekko unosząc brwi.
― Słucham?
― No… ― Keith przeciągnął to słowo z cieniem zakłopotania. Zmierzwił sobie włosy. ― Wiesz o nich, nie? Pomagają ogarnąć pracę, zwyczaje i tak dalej. Znaczy zwyczaje pewnie już znasz, nie żeby tu w ogóle jakieś były, to taki wynarodowiony świat, ale praca i inne takie. Nie wiem, czy już jakąś masz. Nie, że nie wyglądasz.
Trochę nie wyglądał.
― Ale no… jakbyś dopiero tu przyjechał?
Hanael skinął powoli, spuszczając wzrok i nie odpowiadając. Keith chyba go zakłopotał.
― Nie chcę cię kłopotać ani nic ― rzucił więc.
Hanael potrząsnął głową, dalej nie odpowiadając. Jakby właśnie układał sobie to zdanie; albo w ogóle nie wiedział, co powiedzieć.
― Po prostu ludzie w tym świecie nie są okej, jeśli idzie o imigrantów. Z dołu. I w sumie z góry też. Dlatego najlepiej się ogarnąć przez takie ośrodki. Moja siostra łaziła do takich przed wylotem do Vinteropii, żeby się wczuć. W końcu jej się udało, ale kurde, jak ludzie tu jej za to nienawidzili. ― Keith uśmiechnął się, wzruszając ramionami.
Hanael oddychał głęboko, słuchając go, jakby po raz pierwszy spotkał się z tymi informacjami. Znowu mocniej zacisnął dłoń na ramieniu swojego plecaka.
― Wolałbym nie… wolałbym się w to nie angażować ― odpowiedział w końcu.
Keith uśmiechnął się.
― Dobra. Samodzielność jest spoko.
Zawahał się. Sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął jedną ze swoich plastikowych wizytówek. Keith Neall, błysnęło lekko w bladym świetle dnia.
― Ale jakby co, to wiesz. ― Wyciągnął wizytówkę w stronę Hanaela.
Hanael odsunął się instynktownie, jednak zaraz sięgnął i powoli ujął wizytówkę. Zmierzył ją wzrokiem takim, jakby nie do końca wierzył, że właśnie ją trzymał ― a potem mocno zacisnął na niej palce.
― Bardzo ci dziękuję ― wymamrotał.
Keith skinął mu głową i odepchnął się od ławki.
― To ja już znikam. ― Uśmiechnął się. ― Nie siedź tu do nocy, bo zamkną ci wyjście. ― Wskazał kciukiem nadbudówkę. ― To hej!
Ruszył w deszcz, ostatni raz machając w stronę Hanaela. Ledwo usłyszał jego ciche:
― …do widzenia.




 ... omg, czy to nowy rozdział?! Czy to możliwe? Nawet ja nie wierzę, że go napisałam. Ale następny powinien być szybciej (tym razem for real!), bo już mam szkic i teraz wystarczy to wszystko ładniej ująć. No i teraz staram się codziennie coś pisać, więc jak męczą mnie postacie z mojego first draftu, to zawsze przechodzę tutaj. Więc stay tuned na kolejny rozdział bliżej niż za kolejne... ile to, cztery miesiące? No, to teraz będzie mniej niż cztery! (Miejmy nadzieję).
 Tak czy owak no, mamy już obu mainów, to teraz można przejść do faktycznej fabuły, haha. Fabuły. Haha. 

20 komentarzy:

  1. KEITH <3
    #silently judging ya all people

    OdpowiedzUsuń
  2. NO KUHWA NARESZCIE. JAKO ŻE SĄ MOJE URODZINY REZERWUJĘ SOBIE MOŻLIWOŚĆ KOMCIANIA PÓŹNIEJ, GDYŻ TERAZ IDĘ SIĘ WYKĄPAĆ I COŚ ZJEŚĆ.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jako że Nearyh to mjętka buła bez serca, orzekam tyle: podobało mi się. Ale skąd tam się wziął Hanael? Wziął i przyszedł? NIE SONDZEM. Borze, życie jest takie trudne, współlokatorka kradła mi ulubiony keczup, czaisz, dobrze, że już ze mną nie mieszka. A, już wiem, co przypomina mi Hanael w tym rozdziale. Jak odbierał wizytówkę. No. A może tak? No nie wiem, ja go widzę trochę jak takiego przestraszonego lemura. Tylko mokrego lemura. Z plecakiem.
      #mózguWTF

      Usuń
    2. Tak. Hanael na lemura. To jest kanon, Koh. I ma w końcu moknąć na ławce. Z plecakiem. I ciszą między stopami.

      Usuń
    3. Look, guys, będzie moknął, aż deszcz zmyje cały jego ból. Okej? Najlepszy character development w dziejach. :c
      ... *otwiera gify* taaak, niestety coś w tym jest. Dołączę to do mojego wiecznego Florka-labradora.

      Usuń
    4. Nikt nie przejmuje się losem mojego keczupu. Rozumiem.

      Usuń
    5. Maaan, możesz buchnąć keczap z KyFySy. Albo MacFarmera. Tyle opcji!

      Usuń
    6. Weź, najbliższe KFC jest na drugim końcu miasta, bruh. A z maka to nie wiem, co w tym kesz'apie jest. A JA MIAŁAM KECZUP Z BAZYLJO I CZOSNKIE

      Usuń
    7. TAG Z CZOSNKIE. Z zimniokami nie mieli.

      Usuń
  3. Przez powyższą konwersację mam poczucie, jakbym się chamsko wbijała w grupkę znajomych, ale muszę wyrazić swój zachwyt, więc się wbiję.
    Znalazłam Nieprzetłumaczalne już jakiś czas temu, ale długo nie pojawiał się rozdział, zatem gdzieś tam zapisałam sobie link i zapomniałam kompletnie o blogu. Wczoraj robiłam porządki w zakładkach i co zobaczyłam, rozdział! :D
    Pierwszy mnie oczarował. Otoczenie i cała sytuacja gładko się wpisały w schemat powieści fanasy i tak dalej, ale tak cudnie odmalowałaś postać Hanaela, że wiele powieści zaczynających się podobnie może się schować. Czułam to napięcie, nadzieję, lęk i wszystko inne, chciałam wejść w ekran i objąć biedaka, i powiedzieć mu, że wszystko będzie dobrze. Przypominał mi takie znerwicowane zwierzątko, nie lemura, raczej ptaka, sama nie wiem czemu. :D
    Za to w drugim mój zmysł urban fantasty wystrzelił pod sufit! <3 Mój Boże, każde zdanie w tym rozdziale łechtało - TAK, ŁECHTAŁO - mnie od środka i grało na wszystkich odpowiednich strunach. Magia ORAZ technologia. Amulety i roboty. Tajemnicze strefy odalfabetowe, zalatujące antyutopią. Użytkownicy magii turystami. Studenci oburzeni obrażaniem magicznej bohaterki. Klimat, och, ten klimat! Chyba wyrwało mi się kilka pisków. Wiele jest niejasne, przez większość czasu tylko się domyślałam, o czym mowa, kiedy Keith (bardzo lubię to imię) rzucał hasłami z godną pozazdroszczenia swobodą.
    Nie wiem, czy kojarzysz Ilonę i Gordona Andrews? To duet, który pisze urban fantasy i różne wariacje tego gatunku. Moim zdaniem (i wielu, wielu czytelników) są zwyczajnie najlepsi. Czytając drugi rozdział czułam tę samą ekscytację, co przy ich seriach. :D
    Na koniec - dużo weny życzę! I trzymam kciuki, żeby trzeci rozdział i każdy kolejny udał ci się tak, jak powyższy. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, bo ja i regularne rozdziały to w ogóle… Każdy ma milion szkiców, ciągle przeglądam je, mrucząc z niezadowoleniem itd. Ale jestem już w połowie ostatecznej wersji trzeciego, więc może teraz nie będzie tak źle (inna sprawa, że hoho, czwarty. Czwarty będzie trudny).
      Zawsze oddycham z ulgą, jak słyszę, że Hanael wzbudza pozytywne odczucia. Generalnie uwielbiam pisać postacie z traumą i och-jakże-tajemniczymi-backstories, ale wprowadzając taką zawsze istnieje ryzyko, że czytelnik go nie polubi/nie zechce zrozumieć. Zwłaszcza gdy trauma jest tak duża, że postać musi nieustannie walczyć z nią o strzępki własnego charakteru (a Hanael, naprawdę, próbuje i będzie próbował ― patrz, jaką ma chłopak wolę walki, nadal żyje). Dlatego dobrze wiedzieć, że narracja Hanaela wprowadzona jako pierwsza i zapowiadająca „no, dzień dobry, z tym będziemy siedzieć przez sporą część tekstu” nie odstrasza ludzi na wstępie. D:
      I cieszę się, że dało się poczuć emocje, omg. Pisanie emocjonalnie jest dla mnie strasznie ważne i ciągle to szlifuję (tak samo jak to, żeby podejście postaci do świata przebijało cały czas przez tekst w narracji, to chyba moje ulubione rzeczy w dopracowywaniu obecnie), fajnie, że widać jakiekolwiek efekty.
      Zdecydowanie ze wszystkich gatunków fantastyki w pisaniu preferuję urban (i low) <33 Magia jest o tyle ciekawsza, kiedy zmieszać ją z wielkomiejskimi realiami, technologią, tym, jak współczesny, wykształcony świat próbuje z nią współgrać (lub wręcz przeciwnie). Generalnie staram się unikać szerszych ekspozycji i wprowadzać otoczenie poprzez bohaterów, ale z takimi nerdami jak Keith i Hanael jako wiodące postacie myślę, że wiele rzeczy już niedługo mocno się rozwinie/rozjaśni (dołączy też parę nowych, ale mamy mnóstwo czasu i braku-fabuły na to wszystko, haha). I przepadam za przytaczaniem nazwisk i tytułów, zawsze miałam wrażenie, że to (w ogóle ― sygnalizowanie czytelnikowi, że bohaterowie czytają, oglądają, siedzą w popkulturze czy wręcz przeciwnie, historycznych bzdurkach, którymi mało kto się interesuje, słuchają muzyki, robią rzeczy poza przeżywaniem fabuły) dodaje realizmu czy też przynajmniej dodatkowego smaczku całości. Do wielu z nich z pewnością wrócę (to znaczy, Keith wróci).
      Chyba coś kiedyś słyszałam, ale nie jakoś wyraźnie. D: Ale omg, tak miło jest słyszeć, że moja pisanina kojarzyła ci się z autorami, których lubisz! <33
      Dziękuję za czas poświęcony tekstowi, za zainteresowanie i za komentarz. Komentarze naprawdę umieją napędzić i zmotywować człowieka, cieszyłam się jak głupia jeszcze z dziesięć minut po przeczytaniu. Bo wow! Ktoś to faktycznie przeczytał! I nawet mu się podobało! I daj spokój, w nic się nie wbijasz, Nea i Deneve to tak zawsze i wszędzie. xD
      Dziękuję i postaram się być w miarę szybka z tym trzecim rozdziałem. A przynajmniej nie tak koszmarnie wolna jak przy pisaniu drugiego. <3

      Usuń
    2. Znam ten ból, też mam problemy z regularnością. (Moi nieliczni czytelni znają go nawet lepiej. ;D)
      Och, Hanael jest naprawdę fajny. Póki co nie da się za wiele o nim powiedzieć, skoro jego historia jeszcze nie została w pełni ujawniona, ale w jego zachowaniu widać tę traumę, o której mówisz. Znaczy, nie przeczę, gdyby cały tekst był wyłącznie narracją z jego punktu widzenia, pewnie przestałby się kojarzyć ze znerwicowanym zwierzątkiem, a zacząłby raczej z galaretką. Co za dużo, to nie zdrowo. Ale postać Keitha jest niezłą odmianą, bo on natomiast wydaje się bardzo pewny siebie i dość towarzyski. Różnorodność to jest to.
      O tak, o tak, tak bardzo się zgadzam, właśnie to o czym piszesz tak bardzo kocham w UF - pokazywanie, że może i w życiu bohaterów dzieją się jakieś niesamowite rzeczy, może plują ogniem i pocą się złotem, ale poza tym są normalnymi ludźmi i też oglądają durne programy telewizyjne albo śledzą karierę ulubionego zespołu. Taka codzienna realność.
      Och, skoro nie czytałaś Andrewsów, koniecznie się z nimi zapoznaj! W Polsce wydawana jest seria o Kate Daniels i seria Krawędź (ta pisana przez samą Ilonę). Jak znasz dobrze angielski to polecam czytać w oryginale, bo tłumaczenie drugiej i trzeciej części Kate kuleje mocno. O, i seria Innkeeper jest cudna, i Hidden Legacy też, i opowiadania też, i wszystko! Teraz najbardziej jaram się Innkeeper, właśnie wypuszczają trzecią część, łiiiii! :D
      Mam bzika na ich punkcie, tak.

      Usuń
    3. No, ja generalnie trzaskam parę rzeczy naraz, a czasami w ogóle odechciewa mi się wszystko i rozpoczyna się walka ze słowami.
      Och, no. Keith jest niesamowicie pewny siebie. W końcu ktoś w tym duecie musi chodzić do sklepu, żeby nie umarli z głodu. : D
      Yup, ale w sumie to nie ogranicza się tylko do UF imo. Po prostu czasem autorzy piszą bohaterów w taki sposób, że postacie skupiają się tylko na fabule, na tym, co będzie istotne dla przyszłości fabuły, itd. To zawsze wydaje mi się ździebko nudne. Ale może dlatego, bo ja ogólnie czytam teksty bardziej dla postaci niż dla fabuły, więc.
      Ha, okej, to może kiedyś zerknę po angielsku. <3 Dziękuję za polecenie!

      Usuń
  4. Przeczytałam wszystko. Na początku byłam trochę skonfundowana, czułam się jakby wrzucona w akcję, więc dobrze, że już w drugim rozdziale zaczęło się trochę wyjaśniać. Już się nie mogę doczekać momentu, gdy do końca poznam zasady rządzące tym uniwersum, zwłaszcza jak przebiegają podróże między światami.
    To może zabrzmieć dziwnie, ale polubiłam Thati, i uważam że powinna pojawić chociaż jeszcze raz. Ogółem jak na razie 8/10, rysowałabym fanarty

    Drzewobójczyni

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziesięć rozdziałów w tym roku, Koh.
    *głosem widma ze starych filmów*.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :ccc
      https://i2.wp.com/24.media.tumblr.com/tumblr_mbipcrDUHf1rz7r59o1_250.gif

      Usuń
    2. http://33.media.tumblr.com/tumblr_lfiml8cwXl1qc1nxv.gif
      #INFJ

      Usuń

^